Grenlandia – z wędką w krainie lodu  Grenlandia – z wędką w krainie lodu

Pewien wiking w drugiej połowie X w. za wielokrotne morderstwo został skazany przez swych norweskich braci na banicję – wygnany dotarł na Islandię.

Jako że niedaleko pada jabłko od jabłoni, za podobne poczynania jego syn – Eryk Rudobrody został wygnany i z Islandii. Ruszył drakkarem (drewnianą łodzią) na zachód. Odkrył południowy kraniec niezwykle surowej, lodowej krainy. Tam jednak z uwagi na ciepły golfsztrom (prąd morski) opływający krańce lądu zastał niezwykle obfite, zielone pastwiska. Pierwszy raz padły słowa „Zielony ląd” – Grenlandia.

Grenlandia – z wędką w krainie lodu
Fiordy Grenlandii. Fot. R. Słowikowski

W rzeczywistości było to pierwsze dotarcie Europejczyków na kontynent amerykański – 500 lat przed Kolumbem! Grenlandia nam, Europejczykom, kojarzy się niemal tylko z lodem, śniegiem i pewnie niedźwiedziami polarnymi.

I w dużej mierze tak jest; poza południowo-zachodnim wybrzeżem. Wspomniany ciepły prąd morski wpływa na klimat tej największej wyspy świata tak znacząco, że hoduje się tam owce, uprawia ziemniaki i inne warzywa.

Zimą częstokroć występują tam temperatury znacznie wyższe niż u nas w kraju! Oczywiście wnętrze wyspy, oddalone od morza, to kraina lodu i chłodu – niemalże pozbawiona życia.

Klubowa wyprawa

Niemal 1000 lat po wikingach wraz z kilkoma przyjaciółmi z Klubu Wędkujących Globtroterów, ruszyłem tam, gdzie się wszystko zaczęło, czyli do fiordu Eryka Rudobrodego. Nad jego brzegiem położona jest mała eskimoska osada Narsarsuaq. Gdyby nie dawna lotnicza baza wojsk amerykańskich, nie byłoby mowy o powstaniu tam lotniska cywilnego.

Grenlandia – z wędką w krainie lodu
Pomnik Eryka Rudobrodego w Qassiarsuq. Fot. R. Słowikowski

Dziś nie spotyka się tam już myśliwców czy bombowców, chyba żeby podobnie jak my rozbić obóz namiotowy w cieniu wraku bombowca Douglas A-20B, który trzy miesiące przed katastrofą zdołał jeszcze zbombardować umocnienia niemieckich oddziałów Africa Korps w Tunezji! (katastrofa nastąpiła 25 kwietnia 1943r). Leży w tundrze do dziś nad krystalicznie czystą rzeką Ilua, w której łowiliśmy palie wędrowne (gatunek bardzo smacznej ryby łososiowatej) i piliśmy surową, nieprzegotowaną wodę po prostu klęcząc.

Wyśmienite doświadczenie – beztroski czas. Ryby widać było w wodzie już z daleka! Roiło się od nich w każdym głębszym miejscu, a pod wodospadem skakały jak łososie. W rzeczywistości odbywały także wędrówkę tarłową.

Jedyną naszą bolączką były pieśce (lisy polarne), przed którymi musieliśmy sprytnie chować zapasy żywności. Komary cudowną opatrznością padły z uwagi na panujące wielotygodniowe… upały! Normalnie grenlandzkie wybrzeże jest komarowym piekłem. Tak czy inaczej, wielokrotnie chodziłem bez koszulki i wróciłem do domu opalony. Kto by pomyślał?

Gościnna dolina

Po kilku dniach w dolinie gościnnej rzeki Ilua przyszedł czas na zmianę rzeki. Ta miała wpadać już bezpośrednio do Fiordu Eryka Rudobrodego. Nim tam dotarliśmy, musieliśmy przez niewielkie góry znów przenieść kilkadziesiąt kilogramów sprzętu obozowego, wędkarskiego i prowiantu do punktu odbioru, skąd zabrać miała nas łódź motorowa by pognać pełnymi iceberg’ów (gór lodowych) fiordami.

Grenlandia – z wędką w krainie lodu
Kapturnik. Fot. R. Słowikowski

Spotkane po drodze foki grzejące się w słońcu na jednym z kawałków lodowej kry wzbudziły niemałą sensację między eskimosami sterującymi łodzią.

Ocieplenie klimatu, które wielu ignorantów tak bagatelizuje, najwyraźniej widoczne jest w miejscach niespecjalnie „skalanych” ludzką obecnością. Nasi sternicy twierdzą, że przez ostatnie trzydzieści lat klimat Grenlandii znacznie się ocieplił, a wieloryby i foki niegdyś licznie docierające do wnętrza fiordów, odsunęły się daleko ku północy.

Stara osada

Po fotograficznej sesji kapturników (gatunek obserwowanych fok) pomknęliśmy dalej ku kolejnemu łowisku. Qorlortoq, bo o nim mowa, spada huczącym wodospadem, by po kilkuset metrach wpłynąć do Morza Labradorskiego. A wszystko to dwa kilometry od osady Qassiarsuq, która powstała na ruinach pierwszej osady wikingów – odkrywców Grenlandii.

Grenlandia – z wędką w krainie lodu
Tradycyjny grenlandzki kuter rybacki. Fot. R. Słowikowski

Poza nielicznymi domami, szkołą, jednym sklepem znajduje się tam replika domu wikingów (na budowę oryginalnej chaty posłużyło drewno z łodzi, którymi wikingowie przybyli na Grenlandię) i kaplica Brattahlid, która swą nazwę zawdzięcza oryginalnej nazwie osady nadanej przez odkrywcę tych ziem. Z góry na wszystko dumnie spogląda zaklęty w pomniku sam Eryk Rudobrody.

Grenlandia – z wędką w krainie lodu
Młoda Grenlandczynka z paliami złapanymi w ręce. Fot. R. Słowikowski

Po nieznacznym uzupełnieniu prowiantu i obserwacji młodych grenlandczynek łapiących palie (te same ryby, które były naszym celem), rękoma w strumieniu szerokości połowy Zagórskiej Strugi, wróciliśmy do obozu, by skosztować kąpieli pod wodospadem na Qorlortoq.

Grenlandia – z wędką w krainie lodu
Roje ryb na rzece Ilua. Fot. R. Słowikowski

Pogoda była nader łaskawa, a temperatura wody pozwalała wrócić męskiej dumie po kilku godzinach do normalnych rozmiarów.

Ostatni obóz na trasie

Ostatnia rzeka, do której było nam dane dotrzeć tradycyjnym, grenlandzkim kutrem rybackim Puttut nazywała się Qinnqua. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich rzek nie niosła krystalicznej wody, lecz mętną polodowcową breję, której przejrzystość pozostawiała wiele do życzenia. W cieniu opuszczonej farmy rozbiliśmy ostatni już obóz namiotowy i oddaliśmy się kilkudniowemu grzybobraniu (tundrę obficie porastały koźlaki) i oczywiście wędkowaniu. Największe palie łowiliśmy właśnie tam.

Grenlandia – z wędką w krainie lodu
Autor z palią wędrowną. Fot. R. Słowikowski

 

Grenlandia – z wędką w krainie lodu
Wędkowanie pod wodospadem Qorlortoq. Fot. R. Słowikowski

Oczywiście znakomita większość ryb trafiała z powrotem do wody. Kilka jednak przygotowaliśmy w swój ulubiony sposób – w sosie sojowym, który polecam z całego serca: rybę łososiowatą (najlepiej pstrąga/palię) należy wyfiletować a filety pokrajać na cienkie plasterki. Te rozłożyć ciasno jeden przy drugim w płaskim naczyniu; obficie posypać pieprzem, słodką papryką i koperkiem (bez soli!). Posiekać (nie miażdżyć) drobno czosnek i równomiernie rozsypać go po półmisku (8 ząbków na 50 cm rybę). Wszystko zalać wrzącym sosem sojowym wymieszanym z olejem słonecznikowym (proporcja pół na pół – najpierw podgrzewamy na patelni olej, później dodajemy sos sojowy i mieszamy aż powstanie brązowa piana). Wrzący sos powinien przykryć płasko ułożone plasterki ryby. Dalsza obróbka termiczna jest niepotrzebna. Najlepiej, by tak przygotowana ryba odstała w chłodzie przez noc i się „przegryzła” (min. 1 godzinę!).
Więcej zdjęć z tej i innych wypraw można obejrzeć na stronie internetowej klubu globtroterów www.bayangol.pl.