Kpt. Ryszard Kornacki - Moja życiowa droga  Kpt. Ryszard Kornacki - Moja życiowa droga

Moja życiowa droga z Bydgoszczy, przez wszystkie morza i oceany świata, do kaszubskiej Rumi.

Osiem minut Trójkąta Bermudzkiego

Kpt. Ryszard Kornacki - Moja życiowa droga
Kpt. ż. w. Ryszard Kornacki

Od kilku lat w cyklu „Rumianie podróżują” prezentujemy historie związane z wojażami naszych Czytelników, tym razem czas na pana kpt. Ryszarda Kornackiego. Poniżej prezentujemy fragment opowieści który będziemy sukcesywnie uzupełniać.

Raczkowanie

Od najmłodszego wieku zawsze wszystko bardzo mnie interesowało, z tym, że owo wszystko odnosiło się do całego świata. W Bydgoszczy, gdzie się urodziłem, jako brzdąca niesamowicie interesowały mnie boczno kołowe parostatki z chlupotem przepływające Brdą tuż za ogrodowym płotem na ulicy Żeglarskiej, tuż koło ówczesnego korytka z ciepłą wodą odprowadzaną z pobliskiej elektrowni. Skąd i dokąd one płynęły?
Moja pierwsza morska przygoda to rodzinna wyprawa latem 1939 roku do Gdyni i rejs odkrytym pokładowcem na Hel, gdzie jako trzylatek stoję na kolanach mojej piastunki o imieniu Pałagieja, będącej kiedyś na Litwie uczennicą mojej Mamy, polonistki po wileńskim uniwersytecie.

Pamiętam też jak Ruskie wywozili nas bydlęcym pociągiem z Wołkowyska (ot takim samym jaki obecnie stoi jako eksponat w kaszubskim Szymbarku, z tą różnicą, że wagon oryginalnego Bydlęcego Ekspresu Uralskiego miał dziurę kloaczną w podłodze po środku wagonu miedzy przesuwanymi drzwiami, a ta kaszubska podróba nieco z boku). Leżeliśmy w rogu na najwyższej podłodze, ja oczywiście przy malutkim podłużnym okienku zasznurowanym drutem kolczastym, przez które podziwiałem kolorową tajgę, gdzieś po dwóch miesiącach pociąg jednak zawrócił z nieznanej nikomu przyczyny.

Później, kiedy Ruskie „pamieniali nas z hitlerowcami na swoich piennych” mieszkałem z ojcem – świnopasem (inżynier, konstruktor parowozów po krakowskiej Akademii Górniczo Hutniczej, późniejszy Dyrektor Techniczny DOKP w Gdańsku i Sekretarz Stanu w Ministerstwie Kolei) w stogu siana niemieckiego bauera koło Grudziądza, ciągnęło mnie nad pobliską Wisłę, lub do niedalekiego lasu, z którego ojciec przyniósł mi w trepie kreta. Mama (baronówna, polonistka po Uniwersytecie Wileńskim) w tym czasie była posługaczką w grudziądzkim szpitalu.
Rodzina jednak została przesiedlona do Karsznic koło Zduńskiej Woli, gdzie ojciec został zatrudniony jako maszynista kolejowy do obsługi węglowej linii kolejowej Herby Nowe – Karsznice – Bydgoszcz Wschód – Kościerzyna – Gdynia Port, przed wojną zwanej FPTK, czyli Francusko Polskiego Towarzystwa Kolejowego, które finansowało ojca studia kolejowe. Wówczas w czasie studenckiej praktyki w Bydgoszczy wyrobił sobie patent prowadzenia parowozów. Zakwaterowano nas w dwupokojowym mieszkaniu u państwa Trześniewskich, on też maszynista kolejowy, mający Jadzię i Rysia w moim wieku. Ukrywała się u nich pani Basia Przybyszewska z córką, które spały w kuchni na podłodze. Dostaliśmy malutki pokoik bez żadnego mebelka. Z biegiem czasu pojawiła się u nas Mamy siostrzenica Danusia przemycona spoza ruskiej granicy w węglu parowozu (nadal mieszka w Gdańsku Wrzeszczu). Jedynym „meblem” w naszym pokoiku była dość duża walizka, w której wychowywał się mój młodszy brat Jurek (wyższy wojskowy, mieszkający też w Bydgoszczy).

W czasie dnia nam zameldowanym dzieciom wolno było wyglądać przez okno na drugim piętrze, więc wzrokiem błądziłem poza szerokim pasmem torów, tam gdzie na końcach torów stały kolejowe kozły odbojowe. Było to dla mnie iście nieznaną wówczas Amazonią. Torami wolno toczyły się długie pociągi załadowane węglem w stronę Szadka, lub puste na południe przez Sędziejowice. Cztery ukrywające się osoby w naszym mieszkanku mogły podchodzić do okien dopiero po zmierzchu. Mama jako nauczycielka prowadziła tajne, tak zwane komplety z języka polskiego i kiedy przychodziły dzieci, wszyscy nielegalni mieszkańcy musieli cicho siedzieć w kuchni lub w pokoju państwa Trześniewskich. W czasie dnia i tak miałem dużo czasu na siedzenie w oknie kuchni i marzenie o wyprawie na drugą stronę torów przez most koło obrotnicy kolejowej przy parowozowni.

Po zakończonej wojnie ojciec zabrał nas wszystkich do niedalekiego Bilewa z przepływającą rzeczką Grabią, gdzie rozłożony na trawiastym brzegu pierwszy raz w życiu zażyłem wyprawy w nieznane. Po powrocie do Bydgoszczy zamieszkaliśmy na ulicy Sygnałowej (Bielawki), gdyż ojciec został naczelnikiem pobliskiej parowozowni Bydgoszcz Wschód. Tuż za domem był las, a za ogrodem rząd zniszczonych wojną parowozów na tak zwanym Trójkącie, gdzie bawiąc się w Indian całe dnie, spędzaliśmy łażąc po nich będąc wysmarowanymi tłustą oliwą.

Z kolegami wypuszczałem się dalej na północ przez las ze 4 kilometry do Czarnówka, Grochola, a nawet i Osielska. Jednak najczęstszą wyprawą był przejazd pndlem (pociągiem wahadłowym) z Bielawek do Bydgoszczy Wschód, stamtąd pieszo ze 3 kilometry do Brdyujścia, gdzie w zlewisku Brdy do Wisły znajdował się jakiś stary ośrodek żeglarski z dziurawymi szalupami. Reperowaliśmy je i wiosłując deskami z braku wioseł pływaliśmy po późniejszym torze regatowym.

ciąg dalszy tutaj…