Zambezia – tygrysy z piekarnika  Zambezia – tygrysy z piekarnika

Co prawda tygrysy nie chadzają po kontynencie afrykańskim, za to poza okoniem nilowym w kilku akwenach są głównym drapieżnikiem podwodnego świata Czarnego Lądu.

Z nie mniej imponującymi zębiskami od swych azjatyckich imienników sieją terror i postrach w afrykańskich wodach. Zaraz po krokodylach i hipopotamach, które uchodzą za najbardziej niebezpieczne zwierzęta kontynentu. Na wszelki wypadek skupiliśmy się na rybach, co nie znaczy, że z resztą nie mieliśmy do czynienia.

Znów nam odbiło, poczuliśmy zew, niewytłumaczalną potrzebę nowej przygody i ruszyliśmy – przez Londyn, Johannesburg do Tete w Mozambiku. Raptem 60 godzin podróży pociągami, samolotami, autami i w końcu motorówkami. Wcześniej 6 miesięcy przygotowań i opracowywania logistyki wyjazdu. Celem stało się jezioro Cahora Bassa, a dokładniej zbiornik zaporowy na jednej ze słynniejszych rzek Afryki – Zambezi. Wieści pogodowe tuż przed wyjazdem (połowa listopada) były dość osobliwe – o godzinie 23:00 termometry miały wskazywać 38°C! Dotkliwie przekonaliśmy się o tym już na lotnisku, wysiadając z samolotu. Miało się wrażenie, że uderzenie temperatury rozwiewa nam włosy jakby ktoś włączył termo obieg w piekarniku. Gdyby nie turystyczna lodówka z lodem i zimnymi napojami, podróż do jeziora autami z zepsutą klimą przy naszym zmęczeniu byłaby udręką nie do opisania. Ziszczające się marzenie z lat dzieciństwa, by postawić stopę na Czarnym Lądzie póki co przesypialiśmy. Nawet znaki drogowe ostrzegające przed dziką zwierzyną (u nas namalowany skaczący jeleń, w Mozambiku zaś… słoń!) nie dawały rady, by nas zmobilizować do uważniejszej obserwacji drogi. Ostatnie pół godziny podróży pokonywaliśmy motorówkami, by w końcu się zameldować w domkach zbudowanych z myślą o kupcach przybywających w interesach na fermę krokodyli, której i my staliśmy się gośćmi.

Zatoka hipopotamów

Nasze wędkowanie zaczynaliśmy w zatoce pełnej tych ssaków. Wylegiwały się w wodzie leniwie porykując od czasu do czasu w celach komunikacyjnych. Kilkanaście samic z młodymi i jeden stary, ze szczeciną na pysku samiec – przywódca stada. Nie bez powodu uchodzą za jedne z niebezpieczniejszych zwierząt Afryki. Jako że są mocno terytorialne ich ataki na ludzi są częste. Najgorzej znaleźć się między hipopotamem a wodą, o co nie trudno, jako że ssaki te nocami zapuszczają się w ląd nawet do 8 kilometrów od wody by paść się na naturalnych pastwiskach. Potrafią ważyć 1500kg i biegać 50km/h! Nawet nasz Pudzian nie zatrzymałby takiej masy. W rzece bądź jeziorze, z uwagi na obfitą tkankę tłuszczową, nabierają sporej pływalności i zachowują się jak przysłowiowa ryba w wodzie.
Mieliśmy zamiar trzymać się od nich z daleka, jednakże nasz przewodnik dopływał łodzią dość blisko, wyłączał silnik i kazał nam łowić. Rzucaliśmy zatem wędkami przyglądając się rosnącym w oczach zwierzętom. Wiatr uparł się spychać nas w stronę hipopotamów, a te zaczęły zdradzać oznaki zdenerwowania. Gwałtownie nurkowały by po chwili z głośnym „pufnięciem” wynurzyć się tuż przy burcie łodzi. Natychmiast nurkowały z powrotem. O łowieniu w takich warunkach nie mogło być mowy. Możliwości fotografowania jednak były niecodzienne. Cały czarny PR, który dotyczył hipopotamów, ulatywał szybko z głowy. Miast niebezpiecznych potworów, te przypominały zlęknione jagniątka. Przynajmniej do wieczora, gdy menadżer farmy, który obserwował nas przez lornetkę zbeształ naszego „motoristę” straszliwie. Sytuacja okazała się bardzo poważna, a przewodnik zachował się skrajnie nieodpowiedzialnie; wyszedł na jaw brak doświadczenia. I pomyśleć, że z kolegą na łodzi w końcu machnęliśmy na hipcie ręką twierdząc, że przewodnik najwyraźniej wie co robi. Nie wiedział!

Mięso krokodyli

Ryby tygrysy (tigerfish’e) okazały się wyjątkowo agresywne. Podczas holi skakały wielokrotnie wysoko w powietrze, a ciągnięte ryby nierzadko atakowane były przez inne tiger’y, chcące wyrwać z pyska swego brata czy siostry „ofiarę” – którąś z naszych spinningowych przynęt. Ataki stawały się wyjątkowo zaciekłe, gdy dodatkowo na hak trafiło mięso krokodyla. Zapach i smak wabił ryby z najgłębszych fragmentów jeziora! Te przypływały tylko by z zaciekłością atakować wszystko, co się rusza. Odhaczane tygrysy trafiały na powrót do wody, podczas gdy na patelnię czasem „szły” inne gatunki ryb żyjące w rzece Zambezi. Kapenta – słodkowodna sardynka była jedną z nich. Na każdym z jezior zaporowych usytuowanych na Zambezi działa spora flota rybacka specjalizująca się w połowach tej drobnej rybki. To ususzone dobrodziejstwo jest podstawą diety wielu afrykańskich krajów. Mozambik eksportuje ogromne ilości wysoce proteinowej kapenty do sąsiednich państw. Oczywiście, gatunek ten zajmuje także czołowe miejsce w diecie tygrysów, których ostre zęby wielokrotnie miały sponiewierać nasze metalowe przepony. Dwa razy tiger’y przegryzły się nawet przez podbieraki! Od mięsa krokodyli wpadały w amok.

Nie inaczej jest na fermie. Krokodyle karmi się tam mięsem ich oskórowanych braci! Nic się nie marnuje. Kilkukrotnie byliśmy świadkami karmienia w zagrodzie z reproduktorami. Te kłapały głucho pyskami a po złapaniu tuszy wyrywały kawały mięsa, kręcąc się wokół własnej osi (ich zęby nie są ostre, zatem nie tną a wyrywają). Istny danse macabre! Jeszcze mam ciarki na wspomnienie, gdy wpuszczono nas za ogrodzenie, gdzie taki spektakl się odbywał. Gady po skończonym karmieniu na chwilę się uspokoiły, po czym najwyraźniej niedożarte (dwie taczki, raz w tygodniu na jakieś 200 krokodyli) ruszyły w naszą stronę! Musieliśmy się szybko ewakuować za bramkę, a pod koniec nawet rzucać kamieniami w celu spowolnienia zdeterminowanych gadzin! Widać mięso krokodyli pobudzało wszystkich, tylko nie nas. Upieczone smakowało jak kurczak i wybitnie nakłaniało do poobiednich drzemek albo siesty w chłodniejszym tylko o kilka stopni basenie.

Ferma

Placówka, na terenie której gościliśmy, hoduje 2,5 tysiąca gadów o długości około 2,5 metra, do tego 8 tysięcy znacznie mniejszych krokodyli. Skóry są solone i po szczegółowych oględzinach i wycenach sprzedawane i wysyłane do Azji albo do ekskluzywnych domów mody jak Luis Vuitton, Gucci itp. Klienci na świecie płacą ogromne pieniądze za produkty z prawdziwych skór krokodyli. Okazuje się jednak, że nie do końca są one takie naturalne, bo w procesie garbowania skóry tracą kolory. Domy mody zatem przed garbowaniem robią szczegółowe zdjęcia a specjaliści później w końcowym etapie produkcyjnym nanoszą naturalny deseń sztucznymi farbami! Tym nie mniej prosta wsuwka na telefon kosztuje kilkaset dolarów!

Dlatego też ferma krokodyli to kura znosząca złote jaja. Poza stadem reprodukcyjnym, którego karmienie opisywałem dodatkowo, każdego roku placówka na Cahora Bassa pozyskuje 25 tysięcy jaj z naturalnego środowiska. Odpowiednio sterując temperaturą w inkubatorach decydują o płci zwierząt. A że samice są znacznie łagodniejsze od samców, przez co ich skóry są mniej narażone na urazy, kluje się tam wybitnie dużo gadzich dziewczynek. Dodatkowo raz na dwa tygodnie ściera się im zęby. Brutalna praktyka determinowana przez moc pieniądza.

Mimo opisanej, wyraźnej eksploatacji krokodylej populacji, na Zambezi rocznie notuje się bardzo dużo wypadku ataków krokodyli na ludzi. Dlatego też podczas łowienia mieliśmy wyraźny zakaz trzymania kończyn za burtą łodzi. Wchodzenie do wody było surowo zabronione! W przeciwieństwie do zagród pełnych krokodyli, w tym tych największych – 6 metrowych morderców trzymanych przez właścicieli fermy dla ciekawostki. Miały być rzekomo zahibernowane w naturalnych jaskiniach ale gdy nas tam zaprowadzono, po zrobieniu kilku zdjęć zobaczyłem dopiero na ekranie aparatu, że wcale nie spały a przyglądały się nam ochoczo!

W krainie baobabów

Afrykański busz, szczególnie blisko wody, to wielokrotnie gęstwina nie do przebycia. Z rzadka wystają z niego tylko potężne, napęczniałe baobaby. Wielokrotnie są to drzewa kilkusetletnie. A że ich drewno nie nadaje się w żadnej z gałęzi produkcyjnych to poza pożarami nic im nie grozi. Królują sobie zatem i królować będą pewnie jeszcze długo. Jako tako radzą sobie z nimi słonie afrykańskie, które zdzierają swymi drogocennymi kłami korę, by dostać się do wody, której sporo w pniach baobabów. I w Mozambiku, i w Republice Południowej Afryki nie widziałem jednego drzewa tego gatunku, które nie nosiłoby śladów od słoni! To akurat było bardzo budujące, choć duża część była mocno zabliźniona, co przy wieku drzew mogło już nie dawać tyle powodów do radości.

Niestety zjawisko kłusownictwa jest tak powszechne i wielokrotnie ociera się o najwyższe szczeble władzy (np. ministrowie czy były prezydent w Tanzanii), że słonie afrykańskie są wybitnie zagrożone. Aresztowana w minionym roku Chinka, która była szefową tzw. mafii kości słoniowej i sterowała całym procederem nielegalnych polowań na słonie w Tanzanii, niestety ma wielu naśladowców działających w innych krajach, szczególnie tak biednych jak Zambia czy Zimbabwe. Populacja słoni w przeciągu ostatnich 5 lat zmniejszyła się tak drastycznie, że w wielu krajach bez pomocy człowieka nie uda się jej uratować!

Afryka dzika dawno odkryta

Rzeczywiście w większości afrykańskich krajów największe szanse przeżycia mają zwierzęta przebywające paradoksalnie na prywatnych terenach łowieckich, gdzie zjawisko kłusownictwa jest mocno ograniczone albo na terenach rezerwatów bądź ogrodzonych parków narodowych. Dlatego nasze tygrysie łowy zakończyliśmy wizytą w Parku Krugera w RPA. To jeden ze słynniejszych terenów obserwacyjnych gdzie turyści podczas zorganizowanych safari mogą podziwiać florę i faunę Afryki. Zamieszkaliśmy zatem w chacie pod znów poranionym baobabem, otoczonej pięciometrowej wysokości ogrodzeniem pod wysokim napięciem. Niestety ogrodzenie niegdyś sforsowały słonie zatem dzień w dzień zza okna budziły mnie śmiechy hien albo bitwy wielkich stad pawianów. To akurat miało swój klimat i przypominało Afrykę Karen Blixen albo Hemingway’a.

Wielka Piątka

Zalicza się do niej słoń afrykański, lew, lampart, bawół afrykański i nosorożec biały. To taka korona Ziemi dla fotografów przyrodniczych i miłośników fauny Afryki. W Parku Krugera zaś jest największa szansa zobaczenia ich wszystkich. Kotów niestety nie zobaczyliśmy, jako że lamparty prowadzą wyjątkowo skryty tryb życia a lwy wyniosły się z północy parku, gdzie stacjonowaliśmy, przez powódź przed trzema laty. Rzeka Limpopo wylała na kilkadziesiąt kilometrów płosząc te królewskie koty. Od tego czasu namnożyło się tam tak wiele innej zwierzyny, że biolodzy zakładają, że lwy wkrótce powrócą na północ i zacznie się… rzeź!

Poza słoniami i bawołami, które spotykaliśmy właściwie każdego dnia z lekką obawą o auto (przypadki poturbowania samochodów na terenie parku wcale nie są takie rzadkie), naszym głównym celem stały się nosorożce białe. Tropiliśmy je zatem trzy dni. Ślady i odchody, których treści badanie było zwykłą praktyką śniły mi się nocami. Ostatniego popołudnia udało się nam w końcu spotkać parę, która po minutowej sesji fotograficznej czmychnęła w krzaki. Niestety gdy wracaliśmy pół godziny później, na śladach naszych opon przewodnik dostrzegł ślady butów. Ocenił, że to z pewnością nie ślady parkowych strażników a nikt inny nie może poruszać się po parku pieszo. „Naszymi” nosorożcami zainteresowali się kłusownicy! Czy zwierzęta jeszcze żyją? – tego nie wiemy. Niestety była to druga z par nosorożca białego, która ostała się nad rzeką Limpopo. W samym tylko 2015 roku do czasu naszej wizyty skłusowano dziesięć innych nosorożców białych!
Tekst i zdjęcia: Rafał Słowikowski www.bayangol.pl