W podzięce serca i nie tylko. Wspomnienia kpt. Ryszarda Kornackiego  W podzięce serca i nie tylko. Wspomnienia kpt. Ryszarda Kornackiego

Od bardzo wczesnych czasów bywałem częstym gościem w Bejrucie.

Oczywiście nie liczę czasów marynarskich, ani oficerskich, bowiem nigdy nie miałem czasu na zajmowanie się rzeczami nie służbowymi, dopiero stanowiska kapitana otworzyło mi drzwi do zwiedzenia bardzo wielu niezwykle ciekawych miejsc całego świata.

W podzięce serca i nie tylko. Wspomnienia kpt. Ryszarda Kornackiego
Meczet Muhammad Amin al-Husajni

Jeśli chodzi o Liban, to już w bardzo wczesnych czasach zwiedziłem w nim wiele i to odległych od portu miejsc. Ileś tam lat temu pojechałem autobusem z Bejrutu w poprzek Gór Libanu do mitycznej Doliny Mlekiem i Miodem Płynącej, by przez Zahle (Zahla) dotrzeć do starożytnego Baalbeku z ruinami świątyni Jupitera, sześcioma jeszcze stojącymi kolumnami i jedną kwadratową wciąż leżącą, gotową do odcięcia od dołu.

Nie tak dawno będąc kapitanem dość małego statku syryjskiego „Dilla” byłem między innymi w syryjskim porcie Tartus w pobliżu malutkiej wysepki Arwad całkowicie zamieszkałej przez marynarzy i rybaków. Tu na plaży u handlującej babci znalazłem na straganiku we foliowej torebce wyglądające na nasze polskie kiszone ogóreczki popularnie zwane małosolnymi z koprem, chrzanem oraz marchewką, czosnkiem i kalarepą. Tytułem próby kupiłem jedną torebkę i natychmiast pożarłem jej zawartość – to wszystko było wręcz niesamowite. Szybko dokupiłem drugą na „zaś”, jak to mawiają Wielkopolanie. Inną ciekawostką były dla mnie osobowe samochody zaparkowane przy przepełnionej plaży ze śnieżnymi nartami na dachu jak w Zakopanem. W normalnej zawodowej rozmowie telefonicznej z moim armatorem mieszkającym w niedalekiej Lattaki wspomniałem o tym, a ten zapowiedział, że jutro przy niedzieli z rana przyjedzie po mnie samochód, który zabierze mnie w góry do Alhulu Forests, gdzie wśród cyprysów znajduje się lokalny resort narciarski z wyciągami narciarskimi. Dodał krótkie „Good trip and bye – bye” i rozłączył się.

Po śniadaniu we dwóch ruszamy plątaniną dobrych, choć krętych dróg. Błękit morza pomału gubił się pomiędzy szczytami, aż nagle pomiędzy kolejnymi wierzchołkami i wyłoniły się białe plamy śniegu. Wjeżdżamy w intensywnie zielony las gigantycznych, bardzo masywnych cedrów mających z 50 metrów wysokości. Dojeżdżamy do dwóch w miarę eleganckich schronisk, skąd dwa wyciągi narciarskie wywożą narciarzy jeszcze wyżej. Jemy obiad na werandzie, z której w oddali widać lekko zamglone Morze Śródziemne. Wokół mnóstwo narciarzy i dzieci z saneczkami – zupełnie jak u nas zimą. Tylko przepełnione plaże nie pasują mi do tej całości. Może wypożyczyć panu narty? – pyta mój gospodarz. Żartem odpowiadam mu, że wolę jednak narty wodne, bo na oceanie mam o wiele więcej wody.

W kilka dni później byłem w Lattaki (Al-Zazikija) doskonale znanej mi od szeregu lat, największym porcie syryjskim. Tu mój armator (właściciel statku) poszedł mi na rękę i wynajął mikrobus, który zawiózł całą załogę (oczywiście bez osób mających służbę na statku) do stosunkowo niedaleko leżącego w Górach Libanu zamku Saladyna (Salah Ad-Din, 1132-93, sułtan Egiptu, Syrii, Nubii i Jemenu, założyciel dynastii Ajjubidów, zwycięzca walki z krzyżowcami, wzór rycerskości, bohater wielu legend), co szczególnie mnie ujęło. Autobusik piął się na tyle krętymi i wąskimi drogami, aż raz stanął, by móc tyłem pojechać ze 200 metrów z powodu braku miejsca na zakręcenie i dalej już normalnie pojechał przodem.

Wjechaliśmy na olbrzymi występ skalny znajdujący się tuż przed skałą ze sterczącym na jej wierzchu olbrzymim podupadającym zamczyskiem. Po chwili z zamku został opuszczony na łańcuchach pomost na naszą stronę, przez który udaliśmy się pieszo na wysokości około 50 metrów, by dotrzeć do tej gigantycznej warowni. Ot taki syryjski odpowiednik naszego Zamku Malborskiego. Pamiętam, że nie było żadnego materiału informacyjnego. W drodze powrotnej na odcinku jazdy tyłem musieliśmy wysiąść z mikrobusu i pójść pieszo za
autobusikiem.

Kiedyś z Lattaki otrzymaną pensję od armatora wysłałem z pobliskiego polskiego Banku Handlowego do żony w Gdyni, a sam poszedłem do restauracji na obiad. Jakież było moje zdziwienie, jak w czasie jedzenia telefonuje żona dziękując za właśnie otrzymane pieniądze po 15 minutach.

Niecałe 200 kilometrów od Lattaki na zachód leży dobrze znany mi Cypr, na którym bywałem od czasu do czasu, nawet wówczas kiedy jeszcze nie był podzielony na pół z turecką północą i greckim południem. W tym państwie co prawda istnieje granica, ale jest ona bardziej teoretyczna, niż praktyczna.

Swojego czasu pływając na m/s ,,Lewant” bywałem w Famaguście na wschodnim wybrzeżu wyspy, gdzie był rozbudowywany port przez Polskę, a my dowoziliśmy rozmaite materiały potrzebne do tego w postaci słupów Larsena do wbijania w dno, cement, stal zbrojeniową i rozmaite drewno. Dzięki temu zostałem obwieziony motorówką po pobliskim akwenie ze stojącymi płytko zatopionymi kolumnami greckich świątyń. Będąc w Limassolu udałem się autobusem na zachód wyspy do Pafos, gdzie według mitu greckiego wynurzyła się z morza najpiękniejsza w świecie kobieta o imieniu Afrodyta, która poślubiła starego i kulawego kowala Hefajstosa mającego swą kuźnię pod czynnym wulkanem Etną, będącym jej kominem. Natomiast będąc w Larnace leżącej już nieco we wschodniej połowie wybrzeża, udałem się na kolację do dużej restauracji będącej na wolnym powietrzu przed wielkim hotelem, do której wejście jedynie opłacano ryczałtową kwotą i ze wszystkich szwedzkich stołów jadło się wszystko w dowolnej ilości. Oczywiście rzuciłem się jak zwykle na frutti di mare (wł: owoce morza), które we wszystkich wydaniach świata smakują mi najbardziej, popijając doskonałym greckim winem Uzo. Tu, ku mojemu zdziwieniu, tuż koło mnie, usłyszałem mowę polską prowadzoną między kilkoma opalonymi mężczyznami, którzy rozmawiali też i po grecku. Przedstawiłem się, a z ich strony dowiedziałem się że są załogą polskiego wodolotu ze Szczecina, którym tylko w nocy pływają do Bejrutu. A czemuż to tylko nocą pytam? Bo w czasie dnia kilkakrotnie ostrzelano nas z bejruckich falochronów, bojąc się, że to jacyś alkaidowcy. Za dnia są bardzo długie przeszukiwania całego wodolotu, sprawdzania biletów i paszportów, a w nocy nic nie widać. Cicho cumujemy, zmieniamy pasażerów i jak wszystko pasuje po 10 minutach znów wypływamy na Cypr, tak, że przed ranem znów tu cumujemy mając cały dzień wolny. Przeważnie tu się żywimy. Tanio i bardzo wysoki standard smacznych potraw. Podmianę dostaniemy dopiero za 3 miesiące. Dobrze, że chociaż nieźle płacą, ale jednak człowiek zawsze ma duszę na ramieniu.

Innym razem będąc w podróży z całą rodziną dostałem podmianę w Lattaki i we czworo zostaliśmy odwiezieni samochodem na samolot do stołecznego Damaszku, przecinając Liban 8 kilometrowym odcinkiem drogi. Na granicy z Libanem kierowca poinformował libańskich WOPistów , że polski kapitan ich statku wraz z rodziną udaje się na urlop samolotem z Damaszku. Ci w iście wojskowy sposób oddali nam honory prezentując broń i zapraszającym gestem wskazali nam drogę do przodu, nawet nie pytając o paszporty.

W Syrii z obu stron szosy tylko piach i piach, tu w Libanie długi na 8 kilometrów z obu stron trasy gigantyczny „supermarket” ze wszystkim potrzebnym do życia: telewizory, ubrania, kartony różnych kaw, deskorolki, dywany, pościel, sztućce, lornetki, owoce, restauracje i wszystko inne co można sobie wymarzyć. Po 10 minutach ponownie Syria z piachem po obu stronach trasy.

W Damaszku jesteśmy aż na dwie godziny wcześniej – zbyt mało czasu, bym rodzinie samorzutnie mógł cokolwiek pokazać. Kierowca postanawia, że przynajmniej nas poobwozi po najciekawszych miejscach stolicy i odwiezie na lotnisko.

Nareszcie przechodzę do właściwego wątku tego wspomnienia. Statkiem „Orłowo” zbliżam się do Bejrutu. Na jego redzie wsiada aż dwóch pilotów, braci zresztą, znanych mi od lat, by wprowadzić i zacumować statek do nabrzeża. Telefonuję do maszynowni i w rozmowie ze starszym mechanikiem zapowiadam, że będą bardzo ciężkie i niezwykle szybkie manewry silnikiem głównym, tak, że nie może zabraknąć powietrza rozruchowego dla tego silnika. Pan, panie trzeci (zwracam się do trzeciego oficera) nie może odejść od telegrafu nawet na długość ręki. Każdy z pilotów stanął na swoim skrzydle. Ja spokojnym kroczkiem przechadzam się z burty na burtę wszystko obserwując co się dzieje dookoła. Piloci zupełnie nie porozumiewali się ze sobą i w zależności co się dzieje na jego burcie, rzucali krótkie full ahead i zaraz stop, hard port i natychmiast midship, full a stern, stop, hard port, full ahead, stop i tak dalej i tak dalej, aż obróciliśmy się o 180 stopni, dziobem do wyjścia z portu i miękko zacumowaliśmy do nabrzeża. Najwięcej uwagi poświęcałem lll oficerowi, najmniej doświadczonej osobie, by nie pomylił się w chaosie obcojęzycznych komend – był bez zarzutu.

Starszy brat pilot podszedł do III oficera prosząc go o telefoniczne połączenie z maszynownią. Ku mojemu zaskoczeniu łamaną polszczyzną podziękował starszemu mechanikowi za bardzo sprawne manewrowanie maszyną , sternikowi podał rękę mówiąc dziękuję, a ja obu panów po prostu po męsku poklepałem po barach. Starszego z pilotów spytałem już po angielsku „ile lat jest pan tu pilotem?”. Ten popatrzył na mnie i uśmiechając się z lekka powiedział „na pewno dłużej niż ty żyjesz”. Dorzucił jeszcze „idziemy na szklaneczkę” i dodał już po polsku „dobra robota, dobra robota”.

W swoim gabinecie siedzę przy biurku mając podpartą głowę o moją lewą dłoń, myśląc o dzisiejszym porannym udanym cumowaniu i o tym, po co tak spieszyłem się, żeby zdążyć na poranną ,,szychtę”, a tu dopiero początek wyładunku o 22.00. Myślę, że chyba pójdę odwiedzić „stare kąty” byłego pięknego Bejrutu. Pamiętam wspaniałe Parki, kafejki, restauracje, kina i ściany neonów.

Nagle ktoś puka do drzwi, więc zapraszam po francusku „enter” wciąż dominującym w Libanie językiem obcym. Wchodzi przystojny, elegancko ubrany mężczyzna i mówi po polsku „dzień dobry”. Myślę sobie, cholera, chyba ktoś z naszej ambasady. Przedstawia się o dość długim, trochę dziwnym nazwisku i dodaje, że jest z dyrekcji portu i jak trzeba, to czasami zajmuje się polskimi statkami. Gość zapewne widząc moją zdziwioną minę wyjaśniająco dodaje, że polskiego nauczył się tutaj w Libanie, bo w czasie ll wojny światowej jako dziecko mieszkał niedaleko stąd w górskiej wsi, gdzie z Kazachstanu przyjechali polscy byli zesłańcy w ramach powstałego Wojska Polskiego i tutaj żołnierze mają czekać wraz z rodzinami na wyjazd na front. Oczekiwanie to przeciągnęło się do iluś tam lat, tak, że w międzyczasie pobudowano polską kaplicę, bo był ksiądz, więc ochrzczono go, utworzono szkołę i nawet gimnazjum. We wsi nie było nawet libańskiej szkoły podstawowej, zaczął chodzić z polskimi kolegami do polskiej szkoły łącznie z gimnazjum. Jako, że jest Fenicjaninem (kraina istniejąca od 3 tysięcy lat przed Chrystusem w rejonie wschodniego wybrzeża Morza Śródziemnego, bardzo rozwinięte rzemiosło, żegluga, liczne kolonie np. znane mi wykopaliska Kartaginy koło Tunisu) dopiero po rozstaniu się z Polakami, którzy zostali przetransportowaniu do egipskiego Tobruku leżącego nad Morzem Śródziemnym, gdzie właśnie trwały walki brytyjskiego wojska egipskiego z Niemcami, zaczął uczyć się arabskiego. Zdębiałem. Siadamy na kanapie przy stoliku i pytaniami ponownie zaczynam naszą dyskusję. Wiem, że Liban nie jest muzułmański, a oficjalnie rzymsko katolicki tak, tak przerywa mi gość, początkowo Fenicja miała swoją religią, później w I w. przed Chrystusem weszła w skład imperium rzymskiego, a od VII w. została podbita przez Arabów, wieki XI-XIII to wojny europejskich krzyżowców z arabskim islamem i wtedy na dobre chrześcijaństwo zakorzeniło się na tych terenach.

No właśnie, swobodnie kontynuuje mój gość, wyładunek zacznie się dzisiaj, ale dopiero o 22.00, więc wstąpiłem do pana, by zaproponować samochodową wycieczkę do niedalekich grot w Górach Libanu. Ostatnio padało i mogą być zamknięte dla turystów z racji wysokiego stanu wody na chodnikach. No bardzo panu dziękuję. Tak się składa, że wszystko dookoła znam od lat, właśnie z wyjątkiem tych grot, bo wciąż jakoś leżą z dala od moich turystycznych tras. A na kiedy zaplanował pan ten wypad? Choćby zaraz, a ma pan wolne do późnego wieczora. No to świetnie – wsiadamy do samochodu. Jeszcze tylko powiem starszemu oficerowi, że wyjeżdżam.

W centrum miasta widzę, że nadal stoją wzdłuż niektórych ulic rzędy spiętrzonych na wszelki wypadek pustych kontenerów dzieląc miasto na różne części. Tylko przepiękny Plac Armat w centrum miasta jest wolny od tej wojennej dekoracji, kawosze jak za dawnych lat, siedzą francuskim zwyczajem przy kawiarnianych stoliczkach przed kafejkami i sączą absynt. Wie pan – zaczyna mój Fenicjanin w Bejrucie, żadnych walk nigdy nie było, a te kontenery to tak na wszelki wypadek, bo nasi sąsiedzi to walczą każdy z każdym. Tak też myślałem – dodaję. Mówimy o nich, że narodzony osesek zamiast grzechotki dostaje w prezencie pepeszę. Natomiast mieszkający tutaj Arabowie też są przeciw wojnie – wolą spokój i dobrobyt.

Temat zwracam jednak na sprawy polskie wspominając o Hance Ordonównej urodzonej w 1902 r w Warszawie, piosenkarce, autorce tekstów, tancerce, europejskiej gwieździe scen, poślubionej hrabiemu Tyszkiewiczowi, jej impresario, którzy z Wilna zostali wywiezieni do Kazachstanu, stamtąd przerzuceni z polskim wojskiem do Bombaju w lndiach, a następnie do wojskowego obozu w Bejrucie, gdzie zmarła w 1950 roku i spoczywa na tamtejszym cmentarzu.

Tematem obracam uwagę na osobę mojego przewodnika dopytując niektórych szczegółów, mówiąc, że znam jedynie bardzo nikłe, dotyczące „żołnierzy wyklętych”, bo dawne komunistyczne rządy całkowicie zamknęły ten problem, chociaż wszyscy wiedzieli coś niecoś na ten temat. Jak pan wie, mówi mój Fenicjanin, Rosjanie wywieźli bardzo dużo Polaków na początku ll wojny światowej na Ural, Syberię i do Kazachstanu. Wpadam w słowo mówiąc: wiem, bo z zakratowanego okienka bydlęcego wagonu podziwiałem uroki uralskiego krajobrazu, ale później Rosjanie wymienili nas z Niemcami na rosyjskich jeńców. O Boże! westchnął mój rozmówca, ale proszę dalej. Otóż po pewnym czasie generałowie Anders i Sikorski zaczęli organizować Wojsko Polskie, ale udając się nie na zachód w stronę Polski, a na południe od Kazachstanu ku Morzu Kaspijskiemu, nawet do Indii i na Bliski Wschód. No właśnie – przerywa mi Libańczyk – u nas w tych górach powstała cała polska wojskowa wieś, bo żołnierze byli z rodzinami, z pobudowaną kaplicą, szkołą podstawową i nawet gimnazjum, ponieważ przeciągał się czas do dalszego transportu wojska na front. Właśnie w tej wsi urodziłem się mając za kolegów polskich chłopców. Z braku we wsi libańskiej szkoły, skończyłem polską podstawówkę i gimnazjum, zostałem też ochrzczony przez polskiego księdza, bo przecież też jesteśmy katolikami. Nasze matki, tak Polki, jak i Libanki szybko znalazły wspólny język na najróżniejsze życiowe tematy. Stąd wasz polski przepis na małosolne ogórki, który szybko rozprzestrzenił się po całej okolicy. Więc wspominam o małosolnych ogóreczkach w Syrii.

Zbliżamy się do grot położonych wśród nadmorskich gór. Mój Libańczyk wraca z kwaśną miną, bo groty są nie czynne. Ruszamy w drogę powrotną, ale mój rozmówca jest coś małomówny, wręcz mrukliwy. Po pewnym czasie stajemy przed jakąś restauracją, czy hotelikiem, ładnie położonym wśród gór na skraju szosy w cichości lasu. Rzuca krótkie „idziemy”, więc drepczę za nim. Jest to jakiś zajazd z kilkoma osobami siedzącymi przy obiadowych stolikach. Myślę sobie, że jest zupełnie tak samo jak u nas w Bieszczadach.

Siadamy, podchodzi kelner i słyszę rozmowę w całkowicie nie znanym mi języku, zapewne fenickim. Wyławiam jednak z niej ,,polskie ogórki”, kelner przytakuje głową, a mój Fenicjanin jakby zmienił się ze spalonego placka w pyszny tort: prawie do mnie krzyczy po polsku ,,są, są, są polskie ogórki”. Zamawia jakąś jagnięcinę, żurek, wino i wręcz trzęsą mu się ręce z wrażenia. Po ochłonięciu mówi, że jesteśmy niedaleko miejsca gdzie urodził się i była polska wieś. Teraz jest orne pole.

Ruszamy w drogę powrotną. Obaj rozmawiamy o smakach młodości. Mówię, że wy macie dzięki nam polskie ogórki, a ja ulepszone już wasze ogórki, które zawsze jadam w domu. Widać z daleka łunę zapalanych świateł Bejrutu. Teraz w podzięce serca po kilku dziesiątkach lat będziemy gościć w Polsce uchodźców ze sąsiednich Libanowi państw , też koczujących teraz w tym kraju, niedaleko Bejrutu, na transport do Polski na całe życie, dzięki międzyludzkiej miłości serca.

Ryszard Jerzy Kornacki
Rumia, wiosna 2016