Tierra del Fuego – stare estancje, wina i mustangi  Tierra del Fuego – stare estancje, wina i mustangi

Ziemia Ognista – ląd odkryty przez Ferdynanda Magellana w XVI wieku na krańcu Ameryki Południowej. Wówczas pełny Indian Onas, dziś po ich eksterminacji pełen starych estancji, hodowli owiec, gauchos ale i najlepszych win, pstrągów i dzikich mustangów.

Mało jest miejsc na świecie, które się tak dopominają o kolejną wizytę. Chilijska strona Tierra del Fuego jest szczególnie gościnna. Pieniądze nie odgrywają tam tak ważnej roli jak w Argentynie, gdzie wszystko zaczyna się od kwestii finansowych. Chile – jeden z lepiej rozwijających się krajów Ameryki Południowej z bardzo życzliwymi ludźmi rozciąga się u zachodniego wybrzeża tego kontynentu od strefy tropików aż po samą Antarktydę. Ojczyzna wybitnych winnic i gaucho – południowoamerykańskich kowbojów zajmujących się wypasem bydła i owiec. A że środek naszej zimy przypada na środek lata tam ciężko się oprzeć podróży.

„Czy masz w tym siłę?”

10 lat temu, podczas pierwszej podróży do Patagonii postanowiliśmy dotrzeć do mało znanej rzeki kondora – Rio Condor. Początkowe pampasy pełne strusi i guanaco po dniu jazdy autem 4×4 miały zamienić się na pierwotną puszczę Patagonii. Jedno z bardziej niezwykłych miejsc na Ziemi. Stary, w żaden sposób nie gospodarowany bór bukowy (nothofagus). Drzew rosnących jest tam tyleż samo co powalonych przez tyrana tych ziem – wiatr. Z tego też powodu, duża część roślin rośnie w orientacji poziomej. Gęstwinę zamieszkują guanaco (kuzynki lam) wydające dźwięki jak same microraptory, dzięcioły Magellana, puchacze, ale i papużki oraz kolibry! Niebywałe, że tak delikatne stworzenia są w stanie przeżyć w tak surowych warunkach. Przedzierając się przez bagna dojechaliśmy do końca drogi. Według mapy do rzeki zostało nam kilka kilometrów zatem zdecydowaliśmy się pokonać końcowy odcinek plażą. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że po zjeździe do wody długo nie mogliśmy znaleźć wjazdu na twardy ląd, a zaczynał się przypływ. W końcu drogę wskazał nam pewien zarośnięty osobnik gaucho o aparycji Rumcajsa. Po zjechaniu z plaży na bezpieczną wysokość zatrzymał nasze auto i z pogardliwą miną zapytał naszego kierowcy – „czy masz w tym siłę?”

Prowadzący auto Leon odparł, że owszem – jest to silna maszyna, po czym udał się za gaucho jadącym na koniu. Dojechaliśmy do bagniska, w którym topił się zmęczony koń. Biedne zwierzę musiało walczyć już kilka godzin, co zdradzały przekrwione oczy i płytki oddech. Gaucho zarzucili pętlę liny na szyję konia a drugi koniec przywiązali do naszego auta. Leon delikatnie cofnął wyciągając niebezpiecznie szyję zwierzęcia. Pętla została zdjęta i bezpardonowo przywiązana do ogona czarnego ogiera. Auto po dłuższej chwili wyssało z bagna zad konia. I tak po trochu raz za szyję, raz za ogon w końcu po niespełna 3 godzinach udało się wyciągnąć zwierzę całkowicie z bagna. Piękny, wysoki ogier stał długo osłabiony przyglądając się ludziom, którzy go uratowali. W końcu ruszył z kopyta kłusem na tle rozkołysanego morza. Ten widok był najlepszą nagrodą. Gaucho zaś wskoczył na swojego wierzchowca i pognał tuż za zwierzęciem rzucając przez ramię krótkie… „Gracias!”

Señor Herman Genskowski

Na końcu drogi na południe Ziemi Ognistej znajduje się ostatnia Estancja – Lago Fagnano. Leży nad brzegami tegoż jeziora, a jej właścicielem jest niejaki Herman Genskowski. Dostępu do niej bronią góry, Zęby Diabła, przez które wiedzie przełęcz i droga przez wąwóz, którego nazwa geograficzna brzmi „wąwóz Genskowskiego”. Koło południa, gdy temperatura wzrasta, jest to miejsce na zobaczenie wzbijających się do lotu kondorów. W końcu to one wybiły doszczętnie przed kilkoma laty kolonię pingwinów królewskich, które pomieszkiwały w ujściu rzeki wypływającej z Lago Fagnano. Gdy przyjechaliśmy tam pierwszy raz nikt nie wyszedł nam na spotkanie. W końcu sami ruszyliśmy w gęsty las na poszukiwania estancjonera. Najpierw natknęliśmy się na stodołę pełną dyndających potrzasków, rakiet śnieżnych i… martwych bobrów, które są uciążliwym szkodnikiem na tych terenach (introdukowano je z Kanady). W końcu z dala usłyszeliśmy rzężenie piły łańcuchowej. Drobno zbudowany osobnik w czarnym kapeluszu przypominającym nakrycie głowy amisza. Na oko po 70-tce, z uściskiem dłoni godnym niedźwiedzia.

Po wielu wizytach, wielu wspólnie wypitych butelkach wina, wielu przegadanych godzinach i kilku wspólnie złapanych i zarżniętych owcach jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Jak przystało na gaucho ma swoje dziwne, nieco pustelnicze nawyki. Przeklina na przykład drogę, którą zbudowano i ułatwia życie Jemu i Jego señorze Mariceli. Psioczy, że niegdyś gdy żona chciała zrobić zakupy to konnym traktem zabierało Jej to 8 dni – czas świętego spokoju. Dziś nie dość, że to kwestia jednego dnia, to jeszcze sam musi wozić Ją autem. Podejście chyba wynika z genów jako, że to Jego dziad uciekł z Polski aż na kraniec świata przed… żoną właśnie! Przodek poślubił córkę brytyjskiego estancjonera Midleton’a a od rządu dostał ziemie właśnie w tym zapomnianym przez Boga miejscu.

Dotarł parowcem do Caleta Maria, dziś już nieistniejącej przystani w ujściu Rio Azopardo wypływającej z Lago Fagnano. 13 km od morza znalazł idealne miejsce na dom, który zbudował własnymi rękoma transportując wszystkie materiały, włącznie z żeliwnymi piecami konno przez góry. Tą samą drogą mały Herman ze swoim ojcem transportował rozebrany na części traktor i materiały na nowy dom, w którym najczęściej sami mieszkamy, zaczytując się tam w starych brytyjskich dziennikach z 1933 roku! Señora Maricela jest niezwykle delikatną kobietą o pięknych rysach, która zgodziła się trwać u boku swojego męża w tym odizolowanym miejscu. Gazowa instalacja świetlna w miedzianych rurkach z początku XX w to jedno z udogodnień w Jej kuchni. Przez godzinę dziennie ma możliwość poplotkowania przez radiostację z podobnymi Jej koleżankami „na zesłaniu”. Herman pilnuje owiec i poluje na bobry i… dzikie byki. Bydło jest tak zdziczałe, że nie łapie się go a strzela! Asado Genskowskiego, czyli baranie mięso na specjalnym ruszcie pieczone nad żarem należy do wyjątkowych rytuałów. Opowieści o spotkanych Indianach pod koniec lat 60-tych (oficjalnie zostali wystrzelani 40 lat wcześniej) nieopodal przylądka La Paciencia dodają specjalnego romantyzmu tym okolicom. Kto wie? Może nadal się gdzieś ukrywają w archipelagu najbliższych wysp?

Mustangi

Od kilku lat próbowaliśmy się dostać nad zagubione jezioro leżące jednak na prywatnym terenie pod argentyńską granicą. Gdy gorączka łowców pstrągów sięgnęła zenitu okazało się, że to tereny przyjaciela Hermana Genskowskiego. Załatwiony klucz do kłódki na bramie posesji (wszystkie tereny prywatne w Chile, nawet w najdzikszych terenach są ogrodzone) wydawał się być kluczem do Nieba. Pierwsza wizyta miała się jednak odbyć pod okiem Hermana. Ależ się zdziwiliśmy gdy ten się wręcz wściekł na widok pięknych koni, które zaciekawione warkotem silników podbiegły kilkaset metrów w pobliże naszych aut.

Okazało się, że to dzikie konie – zaraza tych terenów. Są zadrą w oku estancjonerów, którzy są nadzorowani dzięki tym zwierzętom przez obrońców praw zwierząt a do tego są niebezpieczne! Ojciec Hermana spędził niegdyś noc na drzewie, na którym ledwo zdołał się schronić przed rozwścieczonym ogierem ryjącym ziemię i kopiącym w pień. Dostaliśmy nakaz trzymania się z dala od tych zwierząt po czym Herman wrócił na swą estancję a my uzbroiliśmy wędki i pognaliśmy na ryby.

Obozowaliśmy tam kilka dni w namiotach, więc w końcu musiałem wejść na okoliczną górę zbadać teren wokół. Ze szczytu zobaczyłem dwa stadka mustangów i nie byłem w stanie oprzeć się pokusie. Zostawiłem wędkę, chwyciłem za aparat i ruszyłem. Wszystko było po mojej myśli, nawet wiatr wiał w moją stronę. W planie było maksymalnie bliskie podejście do koni, cyknięcie kilku dobrych zdjęć i ewakuacja pozostając niezauważonym. Niestety zdradziły mnie guanaco, które zaczęły rżeć jak opętane. 300 metrów od koni zostałem zdemaskowany. Piękny, czarny ogier zaczął prychać, kopać trawę i w końcu podjął szarżę! Na szczęście sto metrów ode mnie zawrócił, zatoczył krąg i ponowił atak. Historia powtarzała się kilkanaście razy. Takie pozorowane ataki, podczas których serce biło mi jak opętane, wibracje od uderzenia kopyt czułem stopami a ja robiłem zdjęcia życia! To jedna z chwil, kiedy pomyślałem jakim jestem szczęściarzem mogąc podziwiać prawdziwe piękno tego świata. Otwarta na tą okazję najlepsza butelka Gran Reservy już w obozie zasługiwała na uczczenie czegoś takiego.

Lis Marceli

Obozowaliśmy w lesie nad Lago Deseado – Jezioro Wymarzone. Błogi czas przebywania z przyjaciółmi, mieszkania w patagońskiej puszczy, wspólnych ognisk, wędkowania i wina pitego pod Krzyżem Południa (gwiazdozbiór widziany tylko z półkuli południowej).

Któregoś poranka idąc ścieżką z kolegą na drugi kraniec jeziora usłyszeliśmy wołania trzeciego kolegi ciągnącego przyzwoitego pstrąga. Ryba walczyła na wędce desperacko o życie skacząc raz po raz nad powierzchnię wody. Odgłos plusków niósł się daleko po wodzie czemu sprzyjała bezwietrzna pogoda. W końcu ryba była na brzegu więc zajęliśmy się sesją zdjęciową. Jakież było nasze zdziwienie gdy zobaczyliśmy podążającego w naszą stronę dzikiego lisa patagońskiego. Są one nieco większe od lisów nam znanych.

Zwierzak podszedł bezczelnie blisko zaciekawiony hałasem rzucającej się ryby. Początkowo bałem się, że jest chory, wściekły być może ale gdy „rany” okazały się rzepami w futrze nabrałem ufności, że to tylko ciekawość. Podarowany ponad półmetrowy pstrąg przełamał lody. Podałem rybę chwyconą za skrzela a lis chwycił zębami za ogon. By nie było tak łatwo, przytrzymałem mocniej i chwilę zaczęliśmy się siłować. W końcu zadowolone zwierzę ze zdobyczą w pysku oddaliło się do lasu. Po godzinie lis wrócił i nie odstępował nas odtąd na krok. My łowiliśmy ryby, on się temu przyglądał, pewnie licząc na „dokładkę”. A że się nie doczekał przyszedł do obozu, gdzie rozbite stały namioty, płonęło ognisko i towarzyszył nam do końca tam pobytu. Zjadał rzucane resztki, podsikał parę razy wędki, niestety nie dał pierwszej nocy spać dobierając się do zapasów prowiantowych pod naszym tropikiem. Kolejnego dnia żywność powędrowała w worze na drzewo – jak przed niedźwiedziami na Alasce. A Marceli, bo tak go ochrzciliśmy musiał się zadowolić resztkami z naszego stołu. Zatem śniadanie zjedliśmy wspólnie i poszliśmy znów razem na ryby. Towarzyszył nam do końca pobytu nad jeziorem wymarzonym. Niezapomniana zażyłość dzikiego zwierzęcia z końca świata z Polakami. Z jakąż nadzieją czekaliśmy kolejnego spotkania rok później. Niestety nie widzieliśmy się już nigdy więcej.

Tekst i zdjęcia:
Rafał Słowikowski
www.bayangol.pl