Boliwia – złoto dżungli  Boliwia – złoto dżungli

Ludzie dżungli – południowoamerykańskie plemię Mbya Guarani wierzy, że bóg Tupa mieszkający na słońcu miał dwóch synów. Zesłał ich na Ziemię by rządzili dwoma żywiołami. El tigre, czyli jaguar stał się Panem lasu deszczowego.

Drugi z braci – el dorado został władcą rzek. Jako synowie Tupy oboje naznaczeni są złotem pochodzącym od słońca i czarnym pigmentem wprost z Matki Ziemi. Indianie wierzą, że będą Oni rządzić na Ziemi po wsze czasy. Kilka lat temu ruszyłem śladami El tire by zmierzyć się z jego świętym bratem.

Tierra incognita

Głęboki, boliwijski las deszczowy nieopodal miejscowości San Borja. Miejsce jak z Jurrasic Park, King-Konga i Avatara razem wziętych! Miejsce fantastycznie piękne, niewiarygodnie tajemnicze, prastare, nieruszone – sprawiające, że indiańskie legendy ożywały co noc z chwilą gdy tylko ognisko rozświetlało mrok. To tam niegdyś miałem przywilej stanąć nad nieznaną zewnętrznemu światu rzeką i z ekipą szczęśliwych wybrańców losu ruszyć wraz z Indianami Tsimane w kierunku źródeł. Ogromne mariposa (hipnotyzująco błękitne morpho menelaus), kilkunastokilogramowe glonojady na dnie przejrzystej, andyjskiej rzeki, nocne pomruki jaguarów, skrzeczące ary i zbawczy cień drzew verdolago, bibosi i mahoniu wprost przeniosły nas do innego świata. Parcie czółnami ku źródłom w ciszy, na singach (tyczkach) i eksploracja nieznanego dorzecza z Indianami polującymi z łukami na tapiry i małpy cofnęły czas. Do tego panamski rum Abuelo z wyciskanymi dzikimi toronchami (grejpfruty) i dziwne, skręcane przez Miguel’a papierosy o gryzącym dymie – musiało być wybornie (także śmieszno, a później trochę głodno).

Rzeka żyła. Tysiące sabalo lusterkujące srebrem w przejrzystej toni, oczka na wodzie, wystające z wody ogony ryb konsumujących niewidoczny glon na podwodnych otoczakach. Cachuele (bystrzyny) szumiały napełniając tajemnicą głębokie, mieniące się turkusem remansa (doły), w których nie raz widywaliśmy płaszczki i ogromne sumy. Od czasu do czasu gwałtowne targnięcie na ten harmonijny, cichy krajobraz – nienaturalna, wysoka fala na rzece, rozdzierające jakby słońcem łomoty i wszystko w popłochu uciekające w powietrze… na skały, kamienie! Na brzeg nawet!

„Złoci gangsterzy ruszyli na miasto”. Atak złotych dorado. Złotych jak obrączki na palcach niektórych z nas.

Podróż

Stosunkowo przyjemny lot do Madrytu a potem już bezpośrednio do Santa Cruz w Boliwii. Ogromny Boeing 747, zabierający na pokład pół tysiąca osób po prostu musiał pochodzić z Ameryki Południowej. Świadczył o tym namalowany na kadłubie buchający, żółty byk wprost z krainy muchachos i pięknych senoritas – stewardes o lśniących kruczoczarnych włosach, ponętnych figurach i aksamitnej cerze. Jako śniady gringo o naturalnej, pseudolatynoskiej urodzie przy konkurencji słowiańskich, niebieskookich blondynów – mych kompanów, nie miałem szans! Bariera językowa jak później miało się okazać w kontaktach z Boliwijczykami, także Indianami nie stanowiła żadnej przeszkody. Choć kalambury były wielokrotnie uskuteczniane.

W Santa Cruz wylądowaliśmy o trzeciej w nocy i po kolejnym dniu, jakże pełnym wrażeń siedzieliśmy w ciasnym samolociku do Trinidadu. Tam już pierwsze papugi, jastrzębie kara-kara, kraby na płycie lotniska, kolibry przy kwiatach. Niestety okazało się, że dalszy lot nie jest możliwy bo zabrakło autoryzacji kolejnego lotniska z uwagi na pogodę i rozmiękłe od deszczu lądowisko. Dopiero kolejnego dnia przed południem, wynajętą Cessną 402 (ulubiony model karteli narkotykowych) wylądowaliśmy w ostatnim przyczółku cywilizacyjnym przed rzeką – San Borja, skąd po godzinnej jeździe autami dotarliśmy do portu. „Port” to wielkie słowo – po prostu miejsce, gdzie można dojechać, z leżącą stertą zielonych bananów gotowych do dalszego transportu i małymi świniakami, które gdy zobaczyły jak chwytamy za aparaty natychmiast czmychnęły w krzaki. Garść liści koki, szczypta sody i tak ożywieni mogliśmy przystąpić do załadunku naszych bagaży na dwie dwunastometrowe łodzie. Reszta sprzętu obozowego jak namioty, fotele, stoły, podobnie jak prowiant wraz z wodą mineralną były już załadowane. Magiczny tytoń Miguela także.

Ruszyliśmy w górę mętnej rzeki o gliniastym zabarwieniu patrząc na umykające z brzegu kajmany i przyjaźnie machających Indian Tsimane, których to plemię zamieszkuje brzegi Rio Maniqui. Kwitnące bananowce nie zdołały jednak zrobić na nas takiego wrażenia jak majaczące na horyzoncie góry, z których spływała złotonośna rzeka. Mieliśmy tam dotrzeć dwie doby później.

Po dotarciu do ostatniej na rzece indiańskiej wioski rzeka gwałtownie się oczyściła. Właściwie nie wiem kiedy. W ciągu kilku godzin zmieniła się z nizinnego wijącego węża w klasyczny, górski potok. Od tego miejsca płynęliśmy już na chybotliwych aczkolwiek jak miało się okazać całkiem bezpiecznych czółnach, wydłubanych z pojedynczych pni drzew. Siłą napędową nie były już silniki lecz indiańskie mięśnie odpychające singi. W końcu – cisza. W końcu – prawdziwa przygoda. I nade wszystko, w końcu – wędka w dłoni.

Pokonać syna boga Słońca

„Pamiętajcie! Gdy zobaczycie szarżę dorad w amoku natychmiast musicie rzucać. Najlepiej tuż obok, nie w środek – tam ryby rozszarpią wszystko jak piranie. Stosujcie długie metalowe przypony, które nie pozwolą rybim zębom przeciąć miękkiej gdyż dorado gdy zobaczy Twoją przynętę w pysku innej natychmiast próbuje ją wyszarpać! Ryby nieraz atakują w stadzie po kilkanaście sztuk.” Słowa tych co mieli do czynienia z tą rybą często miały wracać w myślach. Wiedzieliśmy, że z naszymi wędkami porywamy się jak z motykami na słońce. Dorado walczy więcej w powietrzu niż w wodzie a wynik wędkarskiego pojedynku najczęściej z góry jest spisany na porażkę. Potrafią wyskoczyć na półtora metra nad wodę! Odgłos twardego trzepoczącego pyska z blachą w pysku dźwięczącą niczym dzwoniące kajdany przyprawiać miał nas nie raz o ciarki na plecach. W rybie drzemała taka agresja i … zło, że nieraz łapałem się na strachu.

Któregoś dnia obławiając obiecujące remanso (pool) z szumiącej cachueli (bystrzyna), 7-kilowa dorado wyskoczyła z dołka niżej i uderzyła mnie, zatapiając zęby w bucie na wodzie sięgającej kostek! Musiała się pomylić – brązowy but mógł jej przypominać jakieś zwierzę.

Mój niezastąpiony kompan wojaży – Krzysiu Szerszenowicz, dwukrotnie po gwałtownym holu i niezapomnianych wyskokach ryby wyciągał z wody sam, drżący łeb 3-kilogramowej dorado. „Dwudziestki” (20kg ryby) też tam pływały i nie pozwalały o sobie zapomnieć. Uaktywniały się jednak rzadko i interesowały się tylko holowanymi rybami. Liczyć mogliśmy na brania ryb do 15kg.

Zakola rzeki ze stojącą wodą obiecywały pacu – spore ryby wielokrotnie przez laików mylone z dużą piranią. Bardzo gwałtowny i równie trudny przeciwnik co dorado. Drapieżca polujący na ryby ale potrafiący i przegryźć spadające do wody orzechy, które wydają się błahostką dla jej potężnych szczęk. Można je zobaczyć w gdyńskim oceanarium na piętrze amazońskim. Tamtejsze płaszczki z jadowitymi kolcami to też ten sam gatunek, który wielokrotnie kazał nam wyskakiwać z wody na brzeg. Nieopatrzne stąpnięcie na tą rybę przez jednego z moich przyjaciół w zeszłym roku o mały włos nie skończyło się amputacją trzech palców u stopy w Gdyńskim Instytucie Chorób Tropikalnych. Notabene wszyscy polscy podróżnicy mają wiele szczęścia mając tą placówkę w swoim kraju.
Znacznie spokojniejsze na Maniqui wydaje się łowienie sumów – o ile nie weźmie taki powyżej 50kg! Nocne zasiadki na suma porzuciliśmy jednak dość szybko, po zaplątaniu się w żyłkę nietoperza wampira. Indianie co prawda sprawnie zwierzaka wyplątali ale widoku jego wyszczerzonych zębów woleliśmy już więcej nie oglądać. Bezpieczniej spać w namiocie albo przynajmniej pod szczelną mocną moskitierą. Poza wampirami (nie są takie straszne ale trzeba pamiętać, że przenoszą wściekliznę) nieuważnemu śpiochowi grożą mrówki „24-ki” (dotkliwie gryzące mrówki o długości 2 i pół centymetra), okryte złą sławą żararaki lancetowate (ukąszenie tych węży jest śmiertelne), skorpiony i znów niebezpieczne pająki. Nigdy nie zapomnę spotkania z jednym z nich. Indianie, którzy z nami płynęli na jego widok na kiści bananów aż odskoczyli. Zapytani czy jest niebezpieczny zgodnie krzyknęli „muy peligroso!” Problem w tym, że wcześniej nieprzyzwoicie z nas, mieszczuchów się nabijali strasząc wszystkim co popadnie, a że pająk był jakiś taki niepozorny więc im nie uwierzyliśmy. Po pełnej śmiechu sesji fotograficznej, kiedy to wyciągałem język w stronę pająka, powrocie do domu i przesłaniu zdjęć do specjalistów w celu identyfikacji okazało się, że mieliśmy do czynienia wałęsakiem brazylijskim (Phoneutria Nigriventer), który nie dość że daleko skacze to jeszcze w 2007 roku został wpisany do księgi Guinessa, jako najbardziej jadowity na świecie! Z resztą „phoneutria” z greckiego oznacza „morderczynię”!

Największym zagrożeniem jednak są moskity, roznoszące gorączkę krwotoczną i leiszmaniozę, przy których malaria wypada najłagodniej!

Dalej niż indianie

W górę Maniqui a właściwie dalej jej dopływu brnęliśmy kilka dni. Wysokie ściany dżungli a właściwie piętrzący się tropikalny las deszczowy ściskał rzekę jak zielone imadło. By rozłożyć obóz trzeba było karczować las i wykopywać w burtach rzeki półki na namioty. Codziennie rano wilgoć skraplała się na liściach drzew i padał deszcz, wręcz lało – stąd nazwa lasu deszczowego. Dużo dzikich pszczół i żaby, które nie daj Bóg by weszły pod tropik namiotu. Echo ich kumkania roznosiło się i tak po okolicy a co dopiero gdy płaz wielkości paznokcia od kciuka wdawał się w serenady przy samym uchu. Latające wokół świetliki dodawały niepowtarzanego uroku. Jeszcze bardziej egzotyczne były pomruki jaguarów, które trzymały się z dala od ognia a o poranku kilkukrotnie mieliśmy odnajdywać w lesie wydeptaną wręcz ścieżkę. Wyglądało na to, że koty całą noc krążyły wokół nie mogąc wygrać ze strachem przed ogniem. Indianie wiedzieli co robili, że czuwali nocami dorzucając drwa do paleniska. Rzeka była tajemnicza. Rzadkie i niepozorne cachuele oddzielały głębokie, pełne nieznanego remansa. Ciemne dno nie zdradzało obecności ryb ale te były. Dziennie notowało się kilkadziesiąt brań, z czego kilka ryb trafiało na ruszt. Indianie zaś zapuszczali się w las by polować na tapiry i małpy – oczywiście strzelając tylko z łuku. Nieraz byli lepsi od nas uzbrojonych po zęby w polowaniu nim i na ryby. Z czasem rzeka zamieniła się bardziej w wielki potok, cachuele stawały się coraz częstsze przez co i czółna przyszło nam przepychać coraz częściej o czym dotkliwie przypominały nam i pęcherze na dłoniach. W końcu cachuele zaczęły przypominać wodospady, pod którymi owszem – mieszkało wiele ryb ale dalsza wędrówka w końcu stała się nie do wytrzymania, do tego przekupywani Indianie też nie chcieli przeć wiecznie. W końcu nie starczyło czasu i trzeba było wracać.

Główna rzeka jak później przyglądaliśmy się mapom została zbadana przez nas w 1/3 swojego górskiego odcinka. Indianie zgodnie stwierdzili, że nikt z nich jeszcze tak wysoko w te cieki nigdy się nie zapuszczał. Choć wspominali, że w wiosce starszyzna opowiadała o Hente del Monte (ludziach z gór), którzy w górze Maniqui mają mieć osadę. Ale są „loco” (zwariowani) bo nie noszą ubrań i albo uciekają przed Tsimane albo bez ostrzeżenia sieją strzałami. Rzeka okazała się królestwem gór – ogromne skarpy, jaskinie pomrukujących jaguarów z których wyrastają palmy i kilkusetmetrowe wodospady małych strumieni zasilające główne koryto złotonośnej rzeki na zawsze pozostaną nam w pamięci. Piękna, jedna z bardziej egzotycznych przygód. Do tego tyle bodźców z każdej strony – obrazów, dźwięków i zdarzeń, że w końcu zdawały się odbijać od znużonego, przytępionego zielonym czarem podróżnika. Dopiero po powrocie człowiek zdawał sobie sprawę jak wiele przeżył i ileż egzotyki doświadczył.

Którejś nocy po rozbiciu obozu z wysokiej skarpy spadł kamyczek, jakiś czas później drugi. Skarpa oglądana w świetle dnia nie wyglądała na lawinonośną czy nawet sypką dlatego też zdecydowaliśmy się na obóz u jej podnóża. Pośród Indian wybuchła zagorzała dyskusja i chwilę później do naszego ogniska podszedł Indianin Patricio i przejęty zaczął opowiadać o ludziach jaguarach. Ponoć żyją w tamtych stronach ludzie, którzy by chodzić swobodnie po dżungli zdolni są przemieniać się w dzikie koty. Stwierdził, że teraz rzucają w nas kamieniami bo nie życzą sobie tam naszej obecności. Tłumaczenie, że zwijanie obozu po nocy i przenoszenie z uwagi na bajki nie wchodzi w rachubę nie przynosiło skutku. Indianin kilkukrotnie przychodził nalegając na odwrót. Tsimane byli wyraźnie pobudzeni i co róż wybuchała między nimi zagorzała dyskusja. W końcu jeden z kolegów nie wytrzymał i rzekł, że przed chwilą widział jednego z hente. Indianin wytrzeszczył oczy i krzyknął:
– „I coo?”
– „Nic. Dałem mu papierosa o którego poprosił.”
– „I coo?” zapytał Patricio z jeszcze większym wytrzeszczem.
– „Zapytał o ogień więc też mu dałem” odparł Paweł.
-„I coo?”
-„Poszedł sobie.”
Indianin zbladł. Usiadł na kamieniu podobnie jak reszta Indian, która przysłuchiwała się rozmowie. Po minucie doszedł do siebie i zrywając się gwałtownie na równe nogi wrzasnął
-„A nie mówiłem Ci, że tu są ludzie jaguary!”

Tekst: Rafał Słowikowski
Zdjęcia: Rafał Słowikowski, Krzysztof Szerszenowicz, Paweł Korczyk