NEPAL - Gwiazdy kociego kanionu  NEPAL - Gwiazdy kociego kanionu

Najwyższe szczyty świata – Himalaje, z lodowatymi wichurami, które zabijają śmiałków na spółkę z lawinami i innymi przekleństwami gór wysokich. Tam z lodowego rezerwuaru kapią krople wody by nieco niżej, na pogórzu w monsunowych lasach uformować szemrzące strumyki i w końcu huczące rzeki. Te rozleją się by dawać życie na wielkiej nizinie Hindustanu i na końcu zasilą święte wody Gangesu. Czy życie w tych rzekach nadpłynęło ze świętego południa czy ze świętych szczytów północy – nieważne. Ważne, że jest i było tylko kwestią czasu bym postanowił sprawdzić to z wędką.

Brzana himalajska jest powracającym celem naszych wypraw w Himalaje. Jej siła w połączeniu z mocą rzeki bywa nie do opisania a hole w nadzwyczajnie pięknej scenerii są nie do wymazania z pamięci. To właśnie doznania estetyczne towarzyszące próbom przechytrzenia tej tajemniczej i trudnej ryby są głównym powodem dla którego wracamy. A legendy o angielskich żołnierzach kolonizujących Indie i grających w karty zrobione z łusek tych wielkich ryb doprawdy przekonująco przemawiają do naszej wyobraźni.
Zapytany niegdyś – gdzie najlepiej na wędkarską wyprawę pojechać z kobietą(?), bez wahania wskazałem właśnie na Nepal. Piękna, turkusowa rzeka, emocjonujący wielodniowy rafting, noclegi na dzikich, rozświetlonych świecami plażach, fascynujący kanion zamieszkały przez dzikie koty, brak robactwa, opalające słońce w dzień i nadzwyczajnie wypełniony gwiazdami nieboskłon w nocy. Tam wszystko flirtuje z wyobraźnią wrażliwego wędkarza właśnie jak jakaś mrugająca tylko dla niego gwiazdka. Każda kobieta byłaby zachwycona.
No i stało się – w minionym roku w składzie ochotników znalazły się dwa małżeństwa. A dwie kobiety to już nie jedna, nieśmiała i łatwo poddająca się męskiej domenie. Dwie kobiety to huragan, który żeńskim pierwiastkiem rozwiewa męską gruboskórność grupy. Dwie kobiety to czasem nawet kropla potu na zakłopotanym męskim czole. Większa kultura, stosowniejsze żarty i poważniejsze rozmowy, powstrzymywane przekleństwa za zerwaną rybą, podawana rączka, usłużność przy stole… No chyba, że dziewczyny łowią ryby! Nasze… uff… łowiły.

Podróż

Do rzeki dotarliśmy zmęczeni po dobie lotów, noclegu w barwnym Katmandu, kolejnym locie na zachód Nepalu i 10 godzinach jazdy już w zupełnych ciemnościach. Obóz był w pełni rozbity, rozświetlony świecami. Podczas gdy grupa zasiadała do kolacji a nepalska obsługa zajęła się znoszeniem naszych bagaży, pognałem z zapaloną czołową latarką przyjrzeć się rzece. Ta zawsze determinuje przebieg wyprawy i czas, w którym przyjeżdżamy. Listopad to 4-7 tygodni po deszczach monsunowych, jednak pewności jaki będzie poziom i czystość rzeki do końca nigdy nie ma. Było dobrze, a nawet doskonale! Tak niskiego poziomu i czystej wody nie widziałem nigdy!
Pierwszego poranka pontony zostały napompowane, butelki whisky zlane do plastikowych baniaków i cały dobytek po raz pierwszy spakowany i zabezpieczony pasami. Nikt się nie certoli – torby są rzucane, ściskane, ubijane kolanami. Źle zabezpieczone wędki albo kabłąki kołowrotków strzelają jak zapałki. I tak by strzeliły przy pierwszym porządnym rapidzie (z ang. bystrzu), kiedy to ponton z załogą znosi potworne przeciążenia.
Lekka konsternacja na wieść, że nasze największe skarby – kobiety pływają słabo albo wcale, tylko chwilowa. Nepalczycy szybko zrozumieli, że jak nastąpi wywrotka – One mają być ratowane pierwsze, zaraz potem wędki a na końcu… chłopy.
Kaski na głowie, kamizelki asekuracyjne dobrze zapięte i zaciągnięte. Każdy z pagajem w ręku aktywnie wspierający w komendach przewodnika i uczestniczący pełną parą w newralgicznych miejscach na rzece.
Przed nami dziesięć dni spływu, z czego sześć środkowych z dala od osad ludzkich, w odciętym od świata, pełnym kocich (lamparcich i tygrysich) śladów kanionie. Tam też dopiero mieliśmy rozłożyć wędki.

Love is in the air

Po pierwszych dniach spływu, pierwszych kubłach chłodnej wody na głowę, wczuwaniu się w rzekę i życiu w jej rytmie w końcu wpłynęliśmy w strefę połowów. Otwierała je seria porywczych bystrzyn i naturalna brama ze stromych skał ściskających rzekę jak imadło.
Z Magdą i jej mężem byłem już w Patagonii więc wiedziałem, że twarda z Niej sztuka i potrafi rzucać całymi dniami nie zniechęcając się warunkami pogodowymi. Monikę z Jej mężem w składzie zaś miałem pierwszy raz. Oboje piękni, wysportowani, serdeczni i ze świetnym warsztatem wędkarskim – tacy Beckham’owie polskiego wędkarstwa!
Gdy tylko dotarliśmy na plażę właściwą, gdzie ryby łowi się zawsze ustawiony dobrze Janek zapiął i sprawnie wyholował pierwszą dobrą rybę wyprawy! Mahseera walczyła upartymi odjazdami i jak to zwykle z tymi rybami bywa hol przypominał przeciąganie liny. Na szczęście miejsce tam było łatwe więc przy Jankowych zdolnościach wygrana z rybą była tylko kwestią czasu. I nie wiem komu oczy bardziej się świeciły – Monice czy samemu łowcy! Ależ miło było widzieć jak kobieta wspiera i uczestniczy w pasji męża. Co prawda z oporami się zgodziła by zapozować do zdjęcia wraz z mężem i jego trofeum, bo „sama sobie taką złowię!”, ale widzieć jak razem się cieszą było bezcenne.
Przez kolejne dni również sami Nepalczycy okazali się mieć słabość do Moni bo też ochoczo nurkowali po zaczepione przy dnie jej blachy i generalnie śledzili maślanymi spojrzeniami każdy Jej ruch. A ta nakładała nam na talerzyki jedzonko, robiła herbatki czy wyciągała co rusz smakołyki przywiezione z Polski. Przegięła dopiero któregoś poranka jak zobaczyłem gdy mężowi płukała przynęty z piachu, który w nocy naniósł wiatr! Coś takiego jest nie do pomyślenia na tym świecie i powinno być zakazane – przynajmniej na oczach starych kawalerów.
Moje rozdygotanie nabrało innego wymiaru dopiero gdy tego samego dnia zapiąłem lokomotywę. Po godzinnym holu i dwukrotnej pomocy kajakarza, rekordowa mahseera w końcu okazała się guunczem (sum z gatunku Bagarius bagarius) więc do spania szedłem i zadowolony bo to pierwszy guuncz złowiony w historii naszych nepalskich wypraw ale i rozczarowany bo rekordowa mahseera pozostała tylko w zasięgu marzeń.

Piękna i bestia

Wyprawa na tą rzekę była naszą czwartą. Każda nasza wizyta nad jej brzegami jest wręcz duchową ucztą. Tarajowie (mieszkańcy tych ziem Nepalu) wielokrotnie zaciekawieni odwiedzają nasze obozy. Najodważniejsze a jednocześnie najserdeczniejsze są oczywiście dzieci, dla których nawet marchewka czy świeczka jest skarbem a co dopiero flamastry czy cukierki, nie wspominając o butelce coli. Ich śmiech, śpiewy i tańce rozświetlają nasze twarze uśmiechami wyjątkowo sprawnie. Ludzie są niebywale przyjaźni i spotkania z nimi nader nadzwyczajne. Niebywałe, że powodem, który skłania nas do powrotów są… ryby. A może tylko tak sobie wmawiam?
Tak czy inaczej któregoś dnia w jednym z obiecujących miejsc – potężnym wręcz stanęła Monika z wędką w dłoni i wykonała jeden rzut wędką! Ogromna ryba wyskoczyła z nurtu i zmiotła w całości przynętę pyskiem podobnym do wiadra. Długie odjazdy i ciężkie pompowanie. Łowczyni doskonale wiedziała co ma robić. Doświadczonej w takich bojach Monice nic nie trzeba było mówić, choć rad od rozgorączkowanych facetów nie brakowało. Byliśmy bardziej zdenerwowani od wędkarki. W końcu po wielu minutach jej mąż podebrał bestię i zaczęła się bardzo poważna sesja fotograficzna. Ryba była doprawdy ciężka i wielka – ok. 30kg! Po forsownym holu trzeba było jeszcze wykrzesać sporo siły by taką bestię utrzymać i zaprezentować do aparatu. Coś pięknego! I nic już nie miało być takie jak kiedyś. Nawet gwiazdy tamtego wieczora świeciły nad obozem jakby piękniej. I wyraźnie ubyło whisky z baniaczka. Monika złowiła największą rybę w swoim życiu.

Himalaje

Wszystko dzieje się w ich cieniu. A właściwie częściej świetle, które odbite od słońca mieni się kolorami jak w kalejdoskopie. Wschody i zachody słońca rozpalają ich szczyty feerią barw – od pastelowych niebieskich, przez różowe, pomarańczowe czasem po krwisto czerwone. Zmiany tych kolorów są niebywale dynamiczne więc fotograf musi mieć rękę na pulsie, palec na migawce praktycznie non-stop. Najwyższe góry świata, zwane jego dachem doskonale ogląda się z poziomu dżungli. Tu zieleń bananowców, tropikalne pająki a tam lawiny i zamrażające wiatry! Myli się ten kto uważa, że Nepal jest surowy i skalisty. Tak naprawdę jest soczyście zielony, choć nierzadko zakurzony. Im bliżej Katmandu tym bardziej. Szczególnie po trzęsieniu ziemi sprzed niemal dwóch lat. Nepal naprawdę ucierpiał po tym katakliźmie a ślady po nim jeszcze długo się nie zabliźnią. Zginęło prawie 10tys. ludzi a prawie 25tys. zostało rannymi. Nie zmazało to jednak uśmiechu z twarzy mieszkańców spod dachu świata.

Gwiazdy

Dziewczyny w składzie z pewnością dodały całej wyprawie wiele ciepła i wdzięku. Oczywiście bywało, że którejś lodowate spojrzenie posłane za kolejną szklaneczką wychylanej przez męża whisky potrafiło zmrozić serce i innym. Jednak kolejnego dnia podczas leniwego spływu już nizinnym odcinkiem śpiewana obłędnym głosem poezja Leśmiana rozpuszczała ten lód jak ów przezierające przez drzewa zachodzące słońce. Z czymś takim równać się mogły tylko gwiazdy nad obozem, na nepalskim niebie. Albo kopnięcie w kij i złotem mieniąca się himalajska brzana szalejąca na końcu żyłki. Albo dzieci błogosławiące spływających cudzoziemców serdecznym „Namaste!”. Ślady nepalskich panter podchodzących pod obóz w nocy. Radość z kolejnego wspólnie pokonanego rapidu. Te szczęśliwe chwile są jak ukochane kobiety – gwiazdy na niebie naszej pamięci.

Tekst i zdjęcia: Rafał Słowikowski
www.bayangol.pl