Wakacyjne podróże - Lwów  Wakacyjne podróże - Lwów

Leopolis semper Fideli – Lwów zawsze wierny. Tak brzmiała łacińska dewiza polskiego Lwowa. Ten zaszczytny tytuł został nadany miastu w 1656 r. przez papieża Aleksandra VII za wierność wierze rzymskokatolickiej oraz przez Sejm Rzeczypospolitej Obojga Narodów za wierność Polsce. Lwów został przyłączony do Korony Królestwa Polskiego w 1340 roku i z wyjątkiem kilku przerw pozostawał w granicach naszej Ojczyzny aż do roku 1945.

W ciągu tych kilkuset lat rzeczywiście dał się poznać jako miasto o wyjątkowych zasługach dla polskiej historii, kultury i tradycji. To we Lwowie król Jan Kazimierz złożył słynne śluby. Lwów w trakcie zaborów był ośrodkiem polskiej działalności niepodległościowej. To tu powołano do życia Związek Walki Czynnej oraz Związek Strzelecki. We Lwowie powstał pierwszy polski klub sportowy – Polskie Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”. Ze Lwowem związani byli pisarze, poeci, ludzie nauki i sztuki. Miasto jest wręcz przesiąknięte polskością, choć niestety obecnie znajduje się na Ukrainie. Niemniej jednak fakt, iż od polskiej granicy dzieli je jedynie ok. 100 km sprawia, iż podróż nie nastręcza zbyt wielu trudności.

Pierwsze wrażenia

Wyprawę do stolicy Galicji rozpocząłem w mieście, które konkurowało ze Lwowem o to miano – Krakowie. Autobusy na tej trasie kursują dość często, zaś sama jazda trwa około 7 godzin – w zależności od długości postoju na granicy. Lwów przywitał mnie niezwykle obskurnym dworcem autobusowym oddalonym dość znacznie od centrum miasta. Nietrudno jednak było przezwyciężyć tę niedogodność. Można było wsiąść do jednej z licznych „marszrutek” – małych, często mocno zdezelowanych busów licznie rozstawionych w okolicy dworca. Ja wybrałem jednak zwykłą taksówkę, którą za śmieszną wręcz opłatą bardzo sprawnie dostałem się na miejsce, po drodze wysłuchując utyskiwań kierowcy na Putina „mordującego” Ukrainę oraz na Merkel, która temu mordowi zapobiec nie chciała.

W cieniu krzyży

Zakwaterowałem się w hostelu położonym zaledwie 5 minut od rynku. Sam pokój był przyjemny i schludny, choć znajdował się w niemalże rozsypującej się kamienicy. Pierwszego dnia plan zwiedzania obejmował monumentalną Operę Lwowską oraz pomnik Mickiewicza, Stare Miasto wraz z Rynkiem, Kamienicą Królewską oraz licznymi świątyniami – z katedrami: łacińską, grecką oraz ormiańską na czele. Lwów jako stolica biskupia trzech obrządków katolickich jest ewenementem na skalę światową. Taki stan rzeczy jest reliktem wieloetnicznej i wielokulturowej tradycji Lwowa. Nie można jednak stwierdzić, iż wszystkie te obrządki egzystują ze sobą w zgodzie i w pokoju. Wraz z moimi towarzyszami podróży udało nam się odbyć krótką rozmowę z dominikaninem – nota bene Ukraińcem, który skarżył się, że mimo iż biskup grekokatolicki przecież uznaje zwierzchność papieża, to utrudnia katolikom rzymskim odzyskiwanie odebranych im świątyń, a także korzystanie z tych będących w posiadaniu kleru greckiego. Problemem jest też poparcie duchownych grekokatolickich dla ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego, o czym świadczy chociażby „kampania” kanonizacyjna biskupa Andrzeja Szeptyckiego, który był duchowym przywódcą nacjonalistów ukraińskich czy obecność banderowskiej symboliki we wnętrzu kościoła garnizonowego. Pozostaje mieć nadzieję, że podobne podziały zostaną kiedyś przezwyciężone, a katolicka miłość bliźniego zatryumfuje nad nienawistnym szowinizmem.

Duchy przeszłości

Drugi dzień pobytu poświęciliśmy przede wszystkim na zwiedzanie Cmentarza Łyczakowskiego. Ta część podróży miała chyba najbardziej sentymentalny wymiar. Ogromna zabytkowa nekropolia kryje doczesne szczątki m.in. Marii Konopnickiej, Adama Asnyka, Juliusza Makarewicza, Stefana Banacha, ale także Konstantego Ordona, Artura Grottgera oraz wielu innych zasłużonych Polaków. Nie można przejść obojętnie obok górki powstańców styczniowych z mogiłami poległych w czasie tego zrywu narodowego. Największe wrażenie robi jednak monumentalny cmentarz Orląt Lwowskich – wydzielony z Cmentarza Łyczakowskiego. Potężna mogiła obrońców Lwowa z 1918 r. wyraźnie razi Ukraińców, dlatego tez próbują ją przyćmić, budując tuż obok panteon „bohaterów” Ukrainy – sektor, w którym spoczywają żołnierze OUN i UPA… Przykra jest również praktyka zasłaniania pięknych grobowców, kaplic rodzin lwowskich nowymi nagrobkami ukraińskimi. Niestety wiele z zabytkowych nagrobków niszczeje i zarasta chaszczami, choć sukcesywnie remontowane są za pieniądze polskiego ministerstwa kultury – Ukraińcom nie jest bowiem spieszno do odnawiania pozostałości po polskiej „okupacji”.

„Bo gdzie ludziom dobrze jak tu”

Lwów opuściłem z mieszanymi uczuciami. Zachwyciło mnie piękno jego architektury – pamiątki po dawnych czasach. Poczułem specyficzną atmosferę tego miasta, klimat wielowiekowej obecności polskiej kultury i polskiego ducha. Atmosfery takiej próżno szukać we Wrocławiu czy Szczecinie, choć miasta te w przeciwieństwie do Lwowa znajdują się w granicach Polski. Z perspektywy turysty wypada też docenić dobre jedzenie i bardzo atrakcyjne ceny. Przytłacza i zasmuca jednak fakt, iż polskość Lwowa powoli zanika, umierają ostatni przedwojenni jego mieszkańcy, panoszy się coraz bardziej nacjonalizm ukraiński – nawet w postaci serwowanej w kawiarniach kawy „bandiriwki”… Warto jednak odwiedzić to miasto, chociażby z szacunku do własnej historii, z szacunku dla zasłużonych lwowian, z szacunku dla perły Kresów.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *