Wspinaczka w górach wysokich  Wspinaczka w górach wysokich

W ramach cyklu „Wywiady z ciekawymi ludźmi” prezentujemy dziś wywiad z panem Kubą Jakubczykiem, alpinistą, judoką, żeglarzem i podróżnikiem. Wywiad przeprowadziła Anna Mizera, jest on fragmentem jej pracy licencjackiej napisanej pod kierunkiem dr Moniki Pomirskiej na Uniwersytecie Gdańskim w 2008 r.

Wspinaczka w górach wysokich
Czesław Kuba Jakubczyk na pięknym klifie w Mechelinkach

Czesław Kuba Jakubczyk – pracownik Studium Wychowania Fizycznego i Sportu na Uniwersytecie Gdańskim; zajmuje się sportami ekstremalnymi; pod szyldem Adventure Club zorganizował ponad 40 wyjazdów pozaeuropejskich, w tym: wielokrotnie wyprawy na najwyższe góry 7 kontynentów (zaliczył 6 topów; na Evereście 8100m n.p.m.); pomysłodawca i współorganizator telewizyjnego programu „Zdobywcy”.

Anna Mizera: Dlaczego zdecydowałeś się na alpinizm?
Kuba Jakubczyk: Myślę, że to był absolutny przypadek, scenariusz Najwyższego. Kiedyś, będąc w Tatrach na nartach zjazdowych, nie było warunków pogodowych i zacząłem chodzić po górkach. Najpierw były to trasy turystyczne, ale któregoś dnia lekko zdesperowany brakiem pogody, ruszyłem na samotny spacer na Giewont. Byłem chyba zarozumiały w swoich zapędach i pragnieniach. Zdawało mi się, że na szczyt najszybciej będzie dojść drogą na wprost, a nie po szlaku. Oczywiście potem lekko zbaczałem w różne żleby, które pozwoliły mi przejść pewne fragmenty. Jednak północna ściana Giewontu jest dość trudna. Ponieważ zginęło tam wielu ludzi, owiana jest złą sławą. Jest ona krucha, pionowa i przepaścista. To jest góra dla wytrawnych alpinistów, a ja wtedy byłem zupełnie „świeży”. Wszedłem na ten Giewont bez specjalistycznego sprzętu. Jednak ile się najadłem strachu, sam wiem. Była to dla mnie niesamowita lekcja pokory. Schodziłem już drogą normalną, ale Bóg chyba za moje bluźniercze zapędy znowu mnie skarcił i przyszło załamanie pogody. Panowała niesamowita mgła, śnieg zasypywał stare ślady i oczywiście pobłądziłem. Spadałem jakimiś żlebikami, łącznie z jakąś lawiną. Myślałem, że to już koniec, bo wydawało mi się, że już zamarzam. Wreszcie po wielu godzinach, wieczorem, dotarłem do schroniska w Dolinie Konradowej. Stamtąd już prosto doszedłem do Kuźnic, gdzie byłem tak szczęśliwy, że wręcz klęknąłem na kolana i ucałowałem śniegi, dziękując Najwyższemu, że pozwolił mi pozostać wśród żywych. W tym momencie również poczyniłem zobowiązanie, że następnym razem pójdę przygotowany. To mnie na tyle nauczyło respektu, że rzeczywiście wiosną poszedłem na kurs wspinaczkowy, taternicki, żeby się w miarę poruszać w górach. Ale ta walka o przeżycie była niesamowitą inspiracją. Wkręciła mnie w te góry. Tak się zaczęło.

A. M.: Czego szukasz w górach?
K. J.: Trudno to jednoznacznie zdefiniować. Szukam przygody, dopełnienia swojego życia. Na pewno człowiek próbuje nie tylko odnaleźć różne wymiary wolności, ale też siebie i innych ludzi, bo w sytuacjach ekstremalnych dochodzi do przyspieszenia poznawania. To jest czas zakrzywiony. W danej jednostce czasu przeżywamy znacznie więcej. Ta myśl, która w dolinach przelatuje bardzo szybko i trudno ją ogarnąć umysłem, tam jak gdyby tak spowalnia, że ją fizycznie widać. Często w wolnych chwilach zdarzają się podejścia pod dolne partie gór, z bazy do obozu, z obozu I do obozu II itd., i jest dużo czasu na przemyślenia. Odczuwa się, że ten czas jest spowolniony.

A. M.: W jaki sposób w górach można odnaleźć siebie?
K. J.: Po prostu trzeba tam być. Tak naprawdę nie wiemy, jak się zachowamy w danej sytuacji, dopóki się w niej nie znajdziemy. W czasie wojny ci, niczym nieróżniący się ludzie, potrafią zaskoczyć siebie i innych heroizmem. Najczęściej to właśnie spokojni, zwyczajni ludzie zdobywają się na czyny heroiczne, a wielcy „krzykacze” okazują się tchórzami. Zdarzało mi się w górach obserwować nawet tych „wielkich” alpinistów. Okazywało się, że ci, co dużo mówią, kreują się na męskie typy, okazują się słabymi ludźmi, „pękają”. Czasem dochodzi do sytuacji żenujących. Są tak przestraszeni, że blokują się i trzeba im pomagać. Właśnie sytuacje ekstremalne pozwalają człowieka poznać. Wielu wspaniałych ludzi jest wokół nas, ale nie potrafimy ich dostrzec. W górach następuje to szybko. Okazuje się, że człowiek uczynny na nizinach, w górach będzie dbał tylko o siebie, oszczędzał na całej grupie, próbował zachomikować jedzenie, żyć kosztem innych. Sam się ochroni, narażając innych. Ale prawda jest taka, że nasza prawdziwa osobowość jest taka sama w górach, jak tu na dole. Tylko tam szybciej można przejrzeć na oczy i zobaczyć, kto jaki jest pod maską.

A. M.: Ciebie pociągała chęć sprawdzenia jaki jesteś?
K. J.: Myślę, że do końca nie zdaję sobie sprawy, co to było. Zdefiniowanie tego nie jest proste. Czy jest to zew natury, gór? Może idę, bo tak chcę, bo góry są i przyciąga mnie jakaś moc, chęć doświadczenia przyjaźni wobec człowieka, ciekawość świata, wszystkiego. Ktoś powiedział, że „istota dzieła zawiera się w tym, co niewyrażone”. Myślę, że pociąga mnie niewyrażalność, nieznane. Nasi pionierzy, odkrywcy i podróżnicy szli za głosem tego nieznanego, żeby zobaczyć, co jest za horyzontem.

A. M.: Czy możesz powiedzieć, że pociąga cię walka z górą?
K. J.: W życiu tak tego nie odbierałem, bo góry, natura są zawsze silniejsze. Tylko pyszałkowi może się wydawać, że zdobywa czy pokonuje górę. Dlatego śmieszą mnie tytuły z gazet typu „Pokonali górę”. Alpinista chce w sposób absolutnie niekonfliktowy przebywać w górach. Moi koledzy, najlepsi polscy alpiniści, twierdzą, że nie zdobywają, lecz po prostu są z górami. Nigdy nie jest to bój. Czasem jest to walka o własne przeżycie, z własną słabością. Rosyjscy alpiniści, zapytani przeze mnie jak oceniają swoje szanse (to akurat było na Evereście), powiedzieli: „jak góra pozwoli, to wejdziemy”. I tak jest. Jeśli natura pozwoli, to będziemy.

A. M.: Mówisz, że w górach doświadcza się niespotykanych na nizinach refleksji i emocji. Ale czy wspinanie jest dla ciebie rodzajem przeżycia religijnego?
K. J.: Tak. Jest to na pewno przeżycie duchowe, mistyczne, umysłowe, a także fizyczne. Człowiek odbiera otaczającą go przyrodę wszystkimi zmysłami. Na nizinach nie odbieramy tego tak dokładnie. Jest takie przysłowie chińskie, że „najlepszy opis nie zastąpi smaku wody”. Spróbować trzeba samemu. Inaczej ta woda smakuje tu, na pustyni i w górach. Na dużych wysokościach bardzo szybko następuje utrata wody, dlatego trzeba wypijać jej mnóstwo. Gdy nie ma wody, zaburzona jest gospodarka wodna organizmu. Jeśli zaś ją mamy, smakuje ona inaczej. Alpinista, gdy ma gorącą herbatę, to trzyma ją, nie tylko smakuje, ale stara się ją wchłonąć, odebrać jej ciepło. Wszystko razem jest ceremonią, misterium. Poznaje się smak rzeczy prostych, takich jak woda.
Wydaje mi się, że każdy doświadczony alpinista przeżywał różne chwile niedostatku wody. Kiedyś także i ja z moimi partnerem umieraliśmy z powodu jej braku. Byliśmy już totalnie wycieńczeni i w końcówce wydawało mi się, że jesteśmy pogodzeni z życiem, światem i czekamy na odejście. Jednak przez totalny przypadek dotarliśmy do malutkiego strumyczka wodnego. Jednak zanim się napiliśmy, myliśmy ręce, patrzyliśmy jak ta woda płynie, jak przecieka między palcami. Gałczyński mówił „droższą mi podróż niż przybycie”. Tak samo my czekaliśmy na spełnienie. Odsuwaliśmy je, żeby się cieszyć. Podobnie, odbiegając trochę od tematu, w górach nie jest najważniejszy szczyt, ale droga do niego.

A. M.: Czy w takim razie alpinista jest człowiekiem wiecznie dążącym, niespokojnym?
K. J.: Nie wiem jak to zdefiniować. Czy niespokojny? Myślę, że w pewnym sensie alpinista jest niespokojnym duchem. Na pewno jest człowiekiem zachłannym na życie, znającym jego cenę. Balansując na krawędzi bytu i niebytu, w czasie ostrej wspinaczki, trudnych warunków pogodowych, ma się świadomość, że nasze życie jest jak ta przysłowiowa świeczka. Momentami ma ogień już tak słaby, że może w każdej chwili zgasnąć. Nasze życie również. Podobnie, gdy nasz kolega Andrzej Marciniak czekał przez kilka dni na ratunek, zdawała sobie sprawę z kruchości swego istnienia. Dzięki takim przeżyciom wspinacze chyba lepiej doceniają każdą sekundę, chwilę. Z tego powodu, gdy odpoczywam, wydaje mi się, że kontestuję to „nic nierobienie”, iż nasycam się tym. My doceniamy życie. Każdy, kto przeżył spotkanie ze śmiercią, odczuwa swoje istnienie inaczej.

A. M.: Czyli przeżycia, które spotykają alpinistę w górach, pozwalają mu pełniej żyć?
K. J.: Zdecydowanie tak! Chociaż nie ograniczam tego tylko do alpinizmu. Dotyczy to wszystkich pasji. Jednak jeśli chodzi np. o wspinaczkę przemysłową, w której ludzie się wspinają na różne konstrukcje, rzeczywiście udowadniając sprawność wręcz cyrkową, nie ma to wiele wspólnego z mistyką, światem przyrody, natury. Przysparza dawkę adrenaliny, ale nie wiem czy pozwala pełniej żyć.

A. M.: Właśnie…Jesteś m.in. instruktorem żeglarstwa, pływania, narciarstwa, judo, wspinaczki. Masz do czynienia z wieloma sportami. Czym różnią się one od alpinizmu? Można go czymś zastąpić?
K. J.: Nie wiem, czy jestem w stanie zastąpić wspinaczkę czymś innym. Na pewno samo wspinanie mi nie wystarczało. Oczywiście gdybym był mistrzem, to może bym się w tym spełniał. W górach poznałem wiele emocji, wzruszeń, zachwytów, lecz świat dla mnie składa się też z wielu innych sportów. Zachwyciły mnie góry, ale też morze i powietrze. Jest wiele możliwości. Ja szukam pełnego dopełnia w różnych możliwych formach, na które mnie stać, bo żaden człowiek nie jest w stanie być dobrym we wszystkich dziedzinach.

A. M.: Alpinizm to dla ciebie sport czy misterium duchowe?
K. J.: Na pewno i jedno, i drugie. Wspinanie to nie jest tylko sport. Ci, którzy idą w góry, poszukują raczej kontekstu bardziej duchowego, mistycznego. Jeżdżą też do Tybetu, Indii, Kaszmiru, gdzie poszukują odmiennych religii, ludzi, innego siebie, sprawdzają jak funkcjonują w tych realiach. Kapuściński był zdegustowany tamtejszą biedą. Jednak dla normalnego człowieka gór Indie są niesamowitą inspiracją. Po moim pierwszym pobycie w tym kraju czułem się tak, jakbym skończył akademię życia. To ubóstwo mnie nie przytłaczało, ale rozwijało wrażliwość na drugiego człowieka.

A. M.: Ostatnio, jak rozmawialiśmy, mówiłeś mi, że to, co przeżywasz podczas wypraw, stanowi dla ciebie rodzaj katharsis. Mógłbyś to wyjaśnić?
K. J.: Podczas każdej wyprawy człowiek się „resetuje”, staje się lepszy. Niestety ze względu na to, że nasza rzeczywistość zmusza nas do pełnienia różnych ról, czasami postępujemy wbrew sobie i dusimy się. Jednak potem jedziemy w góry, gdzie mamy szansę stać się inni, zmienić poglądy, pracę, mieć siłę, by nie godzić się na różne niedogodności. Moim zdaniem góry totalnie czynią ludzi lepszymi. Po wyczerpującej wyprawie wracamy wyciszeni, odświeżeni, czyści jak tabula rasa, którą można ma nowo zapisywać. Wydaje mi się, że prawdziwi pasjonaci gór, często jadą do Nepalu tylko po to, by popatrzeć na te wspaniałe twory górskie, żeby znaleźć swoje miejsce w świecie.

A. M.: Czy lubisz ryzyko i strach, który towarzyszy wspinaczce?
K. J.: Podświadomie mam zapotrzebowanie na adrenalinę. Teraz już jestem w takim wieku, że zdałem sobie sprawę, że nikogo już swoimi czynami nie zachwycę i robię to głównie dla innych. Jestem przewodnikiem, by inni też zobaczyli ten cudowny świat. To jest szczęście dzielone.

A. M.: Czy świadomość zagrożenia, które czyha w górach, pozwala oswoić się ze śmiercią?
K. J.: Rozsądny człowiek ma świadomość nieuchronności, dlatego chodzi o to, żeby się przygotować, pogodzić ze światem. Wiemy, że jesteśmy ludźmi śmiertelnymi, dlatego generalnie nie boję się śmierci. Oczywiście, gdy jest ona blisko, gdy np. była brzydka pogoda, a ja byłem w ścianie, gdzie nic nie widać, schodziły lawiny, było fizyczne, namacalne zagrożenie życia, bałem się. Ale można się przyzwyczaić do tego. Myślę też, że jest coś takiego w człowieku, jak „superintuicja”, która pozwala wierzyć, że wyjdę z tego, że ktoś nas w ten sposób doświadcza. Strach oczywiście jest gdzieś zawsze, ale można się z nim oswoić.

A. M.: Rozumiem, że ze swoją śmiercią można się w pewnym stopniu oswoić. Ale czy to pomaga łagodniej przeżywać odejście najbliższych?
K. J.: Nie do końca. Śmierć zawsze wydaje się niepotrzebna. W górach straciłem wielu kolegów i nie potrafię sobie wytłumaczyć dlaczego. Nawet jeśli założymy, że po drugiej stronie jest kraina szczęśliwości, to pozostaje pytanie dlaczego nie mogliśmy razem jeszcze choć trochę dłużej się wspinać. Kiedyś, gdy w górach zginął mój przyjaciel, miałem wrażenie, że świat opustoszał, wyludnił się. Wtedy jak każdy człowiek pytałem: „Kimkolwiek jesteś! Dlaczego nam go zabrałeś? Tak nam wszystkim z nim było dobrze…”. Niby średnio starcza rok, by się uporać z odejściem bliskiego, ale mi do tej pory brakuje tego człowieka. Takie sytuacje dają nam świadomość nieuchronności. Oczywiście tym bardziej w okresie jesieni życia ta prawda wydaje się bardziej widoczna. Ale to też pozwala docenić, że jeszcze mam szansę cieszyć się światem.

A. M.: Przyznajesz, że zdarzają się w górach wypadki. Czy w takim razie opuszczanie przez alpinistę rodziny i wyruszanie na wyprawę nie jest egoizmem wobec bliskich?
K. J.: Z punktu widzenia przeciętnego człowieka można to tak ująć, że idziemy w góry, żeby się narażać. Ale alpinistę góry wzbogacają, dając mu i ich rodzinom inne możliwości, np. zarabiania, zmiany statusu. Jest wielu wspinaczy, którzy tworzą agencje turystyczne, z których żyją ich rodziny. Jednak myślę, że najważniejsze jest to, iż góry dopełniają moje życie. Poza tym ostatnio prowadziłem wyprawę, w której brał udział niewidomy chłopak. Moim zdaniem może on być nie tylko inspiracją dla ludzi niewidomych, ale również dla zdrowych. Bo to, czego on dokonał, wielu zdrowych nie jest w stanie zrobić. Siedzą przy komputerze i tylko utyskuje na wszystko, ale nie starają się zmienić swojego życia. On zaś się odrywa. Dzięki górom można, tak jak mówi Martyna Wojciechowska, przesunąć horyzont, pokonać ograniczenia, zrobić wiele, bo świat to jest nieskończone spectrum możliwości. Ograniczeń jest mniej, więc nie powinny nas one paraliżować.

A. M.: Czyli oprócz tego, że alpinista się samodoskonali, to daje też coś z siebie innym?
K. J.: Myślę, że tak, ponieważ góry, to taka siła przymuszająca, która powoduje, że chce się być dobrym dla każdego człowieka, zarówno podczas wypraw, jak i na nizinach. To są chyba prawa natury, która funkcjonuje w taki sposób, by być doskonałą. Z tego powodu, ja także nie chce być „byle jaki”. Pragnę dążyć do doskonałości.

A. M.: Jak w takim razie patrzeć na alpinistów, którzy idę w góry i nie wracają, pozostawiając swoje dzieci sierotami. Czy to nie jest za wysoka cena?
K. J: Tego nigdy nie wiadomo. Ale tak naprawdę najwięcej ludzi umiera w swoich lub szpitalnych łóżkach. Myślę, że gdzieś jest zapisane, że kres naszej ziemskiej wędrówki znajduje się w wodzie, w wypadku samochodowym, czy w wyniku nieuleczalnej choroby. Nie idę w góry, by sobie zrobić krzywdę i narazić swoją rodzinę. Oczywiście jest to możliwe, ale przecież każdego dnia ginie ok. 200 osób. Czy na własne życzenie? Nie. Po prostu tak się dzieje. Nie wiadomo czemu ludzie giną czy chorują. Nie można powiedzieć, że w góry pędzi nas egoizm. Większość ludzi idzie w góry, by jakoś to przeżyć, a nie narażać najbliższych. Poza tym gdybym w tym samym czasie częściej chodził po ulicach, też bym się narażał, że np. zginę w wypadku samochodowym.

A. M.: Czy twoim zdaniem ludzie, którzy się nie wspinają i wygłaszają opinię, że alpiniści to osoby nie do końca zrównoważone psychicznie, posługują się stereotypami, schematycznym myśleniem?
K. J.: Osoby tak mówiące, nie rozumieją wspinaczy. Ci, którzy pytają o sens życia, przebywania w górach, nie są w stanie go pojąć, nawet jeśli otrzymają odpowiedź. W związku z tym róbmy swoje. Poza tym dziwne jest, że część dziennikarzy, nagłaśniając wypadki w górach, nigdy nie zastanawia się nad zwyczajną, naturalną śmiercią, tylko gdy umiera ktoś znany czy np. właśnie alpinista, robi z tego jakieś targowisko próżności. Przecież codziennie masy ludzi umierają z głodu i nie zastanawiamy się nad tym. Natomiast śmierć w górach często jest przyczynkiem do krwiożerczych artykułów, sensacji, pytań: „Po co? Przecież naraża życie swoje i rodziny”. Dlaczego codziennie, systematycznie nie oskarża się naszych polityków? Przecież oni też narażają ludzi na utratę zdrowia czy życia.

A. M.: Czyli osoba, która się nie wspina, nie jest w stanie zrozumieć sensu alpinizmu?
K. J.: Nie sądzę. Nawet jeśli ktoś zada pytania i otrzyma odpowiedź, to tego nie pojmie. Syty głodnego nie zrozumie. Trzeba przeżyć te zarówno pozytywne, jak i negatywne „maksy”, skrajności, które chyba najbardziej użyźniają serce.

A. M.: Czy mógłbyś zamienić alpinizm na inne zajęcie?
K. J.: Skakałem kiedyś za spadochronem i to rzeczywiście było dużym przeżyciem. Ogromna dawka adrenaliny w krótkim czasie. Skok zajmuje kilka minut. Natomiast przebywanie w górach, walka ze słabością, ograniczeniami, z klimatem, warunkami pogodowymi, itd. trwa dłużej – całe tygodnie, miesiące. Jest to wielka intensywność w wydłużonym czasie. Z tego powodu myślę, że gór nie jestem w stanie zastąpić niczym. Chociaż bardzo ważne jest dla mnie żeglarstwo. Też wyjeżdżam na rejsy, które mogą zająć nawet rok. Niby więc można zastąpić wspinaczkę. Jednak ja nie chcę zastępować gór. Tam czuję się świetnie. Choć muszę podkreślić, że sam aspekt czysto wspinaczkowy stanowi pewien ułamek całej przygody, a reszta jest poznawaniem natury, ludzi i siebie.

A. M.: Możesz powiedzieć, że alpinizm wpłynął na Twoje życie?
K. J.: O tak! Oczywiście.

A. M.: W jaki sposób?
K. J.: Spowodował, że otworzyły się dla mnie pewne przestrzenie wolności. Jestem z tej generacji, która żyła w komunistycznym układzie społecznym, dlatego nie można było wyjeżdżać. Kraj opuszczali tylko nieliczni, głównie artyści i sportowcy. Alpiniści też należeli do tej uprzywilejowanej grupy. Oczywiście sami sobie uczciwie na to zarabialiśmy, np. poprzez prace wysokościowe. Jednak prawdą jest, że to nam dawało wolność.

A. M.: Na zakończenia chciałam jeszcze zapytać czy mógłbyś zupełnie przestać się wspinać?
K. J.: Nie. Zmieniałbym formy. Kiedyś byłem bardzo napalony na wspinaczkę sportową. Chodziłem na trudniejszych ścianach. Marzyły mi się jak najcięższe wejścia. Teraz mnie interesuje przebywanie z ludźmi w tym specyficznym, innym świecie gór. Chcę się nim podzielić, nauczyć innych jak w miarę bezpiecznie czerpać z nich przyjemność. Myślę, że nie można żyć bez wody. A wyobrażasz sobie życie bez miłości? Nie. Nawet jeśli jedna przyjdzie i ona będzie bolesna, bo nie spełniona, to za nią przyjdzie kolejna. Tak samo w górach. Szukamy nowych sposobów obcowania z górą na miarę swoich możliwości. Dlatego w dalszym ciągu z wilkiem sentymentem wracam w Tatry. One się nie zmieniają.

A. M.: Czy na pewno Tatry się nie zmieniają?
K. J.: Zmieniają się ludzie, ale góry nie. Może są tylko bardziej rozdeptane.

A. M.: A podejście ludzi do gór?
K. J.: Ono faktycznie uległo zmianie. Coraz więcej jest powierzchowności, snobizmu, braku autentyzmu. Byle szybciej coś zaliczyć. Życie uległo przyspieszeniu we wszystkich wymiarach. Nawet w górach przebywam krócej. Kiedyś jechałam na dłuższe okresy, bo sądziłem, że stać mnie by poświęcić miesiąc czy dwa. Teraz jadę w góry i po paru dniach już jestem niespokojny, bo się boję, że coś zaniedbałem w dolinach. Nie mamy tyle czasu. Cały czas się z czymś ścigamy.

A. M.: To chyba tą smutną refleksją zakończymy…
K. J.: Ta refleksja wcale nie jest smutna. Takie jest prawo życia. Powinniśmy wyzwolić się od niego. Dlatego myślę, że góry są pewnego rodzaju antidotum. Nie wyobrażam sobie, żeby w ciągu roku nie znaleźć czasu na żagle na Mazurach, narty w Alpach czy Tatrach oraz wyprawy w góry. Oczywiście musi też być czas ciężkiej pracy i odpoczynku. Optymistyczne jest właśnie to, że niezależnie od tego jak szybko żyjemy, możemy żyć w sposób pełny.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *