WENEZUELA – Nad dopływami Orinoko

WENEZUELA – Nad dopływami Orinoko

- kategoria Ciekawostki, Rumianie podróżują
WENEZUELA – Nad dopływami Orinoko

Któż po lekturze Arkadego Fiedlera nie marzył, by choć na moment znaleźć się w zielonym królestwie dżungli gdzieś nad Orinoko? Rozwiesić hamak w indiańskiej chacie i spędzić tam noc po sutej kolacji w postaci upieczonego kajmaniego ogona? A gdyby jeszcze westchnąć przed snem do Boga, słuchając jak ary sprzeczają się w koronach drzew o lepsze miejsce na nocleg?

Zmęczony ciągnącą się zimą i marzeniami prześladującymi mnie od dzieciństwa w końcu spakowałem plecak, zakluczyłem drzwi domu i po 50 godzinach podróży autami, samolotami i motorową łodzią zjawiłem się na miejscu! Wszystko było poprzedzone miesiącami przygotowań, szczepień, zwątpień i przypływów wiary, że może się udać.

Wraz z grupą przyjaciół dotarliśmy nad Rio Ninchare - dopływ Caury, która z kolei wpada do Orinoko. Wspaniała, wielopiętrowa i nieskażona dżungla, wysoko pnąca się po obu brzegach rzeki oraz indiańska curriara (długa łódź) szarżująca między porohami i labiryntem skalnych wysp. Nad głowami przemykające tukany lub od czasu do czasu hoacyny, spłoszone rykiem silnika łodzi. Tropikalny las tak gęsty, że bez maczety nie ma szans przejść 10 metrów! Rośliny kłują, szarpią i tną ubrania, jakby uparły się nie wpuszczać w głąb intruzów z rodu Adama. A przecież chcieliśmy tylko od czasu do czasu sfotografować dzikie orchidee. Dobrze że opiekowali się nami Indianie ze szczepu Sanema, potrafiący prowadzić łódź po zdradliwej rzece w całkowitych ciemnościach. Ponoć słuchają nurtów.

Są ochrzczeni – przed laty zabłąkany misjonarz zdołał przynieść dobrą nowinę o Chrystusie. Dziś wspominają to zdarzenie na widok krzyżyka na mej szyi. Brak jakiegokolwiek późniejszego kontaktu z chrześcijaństwem nie sprzyjał jednak zakorzenieniu ich wiary. W nocy, podczas niesłychanie gwałtownej burzy wyskakują z hamaków i głośno śpiewają, by ugłaskać ducha piorunów.

Piranie

W końcu dotarliśmy tak wysoko, że ciągłe przepychanie łodzi przestało mieć jakikolwiek sens. Do tego nasi przewodnicy zaczęli marudzić, że wyżej już nie ma po co, że duchy, jaguary, Hente del Monte – „ludzie z gór”, czyli dzicy. Szło nam coraz wolniej, gorzej, ale co zrobić gdy dżungla zdawała się wyglądać coraz piękniej i bardziej dziko? Rzeka im bliżej źródeł, tym stawała się coraz mniejsza, płytsza, ale jednocześnie czystsza, wręcz kryształowa! Jakże różniło się to od jej dolnego biegu. Pamiętam, jak któregoś dnia postanowiłem popływać gdzieś w pobliżu ujścia Rio Polacos (mały strumień nazwany tak przez Indian, chcących upamiętnić pierwszych cudzoziemców, którzy dotarli tam dopiero przed kilku laty). Oczywiście zapytani Indianie stwierdzili zgodnie, że jest to jak najbardziej bezpieczne, zatem beztrosko wskoczyłem do rzeki. Popływałem, umyłem się, ogoliłem i dopiero stojąc po kolana w wodzie oraz myjąc zęby w pewnej chwili splunąłem pastą do wody. Jasna plamka zakręciła się sekundę, po czym coś zjadło ją z impetem. Po chwili znowu… Do dziś podziwiam moją prędkość podczas wyskakiwania z wody, gdy zrozumiałem że krwawi mi dziąsło, a to coś co zjada wyplutą pastę przy moich kolanach, to małe piranie!

Indianie w pięć minut potrafili z gałązek pewnego gatunku drzewa (nieprzepalającego się) przygotować prowizoryczny grill, gdzie w liściach bananowca piekliśmy nie tylko piranie, ale i sumy, bocony i payary – ryby przypominające wampiry. Ponadto im wyżej rzeki, tym więcej kajmanów. Pewnie dlatego, że mniej tam ludzi, którzy chętnie polują na nie dla mięsa w ogonie, przypominającego w smaku kurczaka. Do ulubionego przysmaku Indian należały zjadane żywcem białe larwy wielkości kciuka. Ruchliwe i szorstkie od spodu. Mało kto z nas pokusił się na taką przekąskę, ale ci którzy zdołali przegryźć takiego pędraka, szczególnie z orzechów palmy kokosowej, nie wspominali już o niczym innym, jak tylko o nich. Czyli… „Rafaello”!

Niewygoda i Wolność

Dżungla mimo że fascynująca, zachowuje się jednak, jakby za wszelką cenę chciała pozbyć się nieproszonych gości. Dość przykre jest to, że nie można nigdzie usiąść, bo natychmiast stajemy się autostradą dla mrówek. Nawet o drzewo nie można się oprzeć! Mrówki chodzą po większości pni, w koronach polują węże, a w korzeniach i suchym listowiu przede wszystkim wielkie pająki w towarzystwie skorpionów i znów węży. Można tylko stać albo leżeć w hamaku z linkami spryskanymi dobrym środkiem owadobójczym. Do tego śpiąc, mimo upału należy trzymać stopy w śpiworze lub polarze. W przeciwnym wypadku palec od nogi, który styka się z moskitierą jest narażony na ugryzienie nietoperza wampira – częstego nosiciela wścieklizny. Poza tym słońce, wilgoć, 40 stopni Celsjusza. Ale naprawdę warto! Warto poczuć zapach ziemi o poranku, gdy wszystko paruje, posłuchać śmiechu ludzi, którymi nie zawładnęła mania czy konieczność zarabiania pieniędzy. Są niemal całkowicie wolni od władzy pieniądza. Co ważne – nie mają telewizji.

Dzięki odcięciu tych rejonów od świata cywilizacji, człowiek potrafi zwolnić, przystanąć, pomyśleć, odnaleźć ducha w przyrodzie – w bycie jakże złożonym, skomplikowanym, przenikającym się i doskonale funkcjonującym. Przyroda tam fascynuje i zastanawia. Zwykły liść, w którym pulsuje życie, rośnie, pęcznieje w okresach deszczów, bywa życiodajnym pokarmem, zachodzą w nim skomplikowane procesy fotosyntezy, produkuje tlen, daje zbawczy cień, schronienie kolibrom…

Tak… cywilizacja…” – jakże była ona wówczas daleka. wraz ze swym całym postępem technologicznym. Jakże nie chciało się wracać, wręcz przyznawać że się do niej należy.

Poddaliśmy się dopiero pewnej nocy, gdy popijając rum przy ognisku (oczywiście stojąc albo kucając) najpierw usłyszeliśmy narastające brzęczenie, po czym jednemu z nas na twarzy wylądował gwałtownie robal przypominający zmutowanego karalucha, wielkości dłoni. Rozpierzchnęliśmy się z wrzaskiem, każdy do swego hamaka, a rano wiedzieliśmy już, że trzeba wracać.

Tekst i zdjęcia: Rafał Słowikowski

WENEZUELA – Nad dopływami Orinoko