Nowa Zelandia - Kwiaty paproci

Nowa Zelandia - Kwiaty paproci

- kategoria Rumianie podróżują
Nowa Zelandia - Kwiaty paproci

Cóż może najskuteczniej skłonić człowieka do podróży na antypody – na przeciwną stronę ziemskiego globu? Przypominającą czasy Jury flora? Nadzwyczajne lasy, gdzie brodzi się po pas w paprociach a drzewa rzucające cień też są gigantycznymi paprociami? Niespotykane nigdzie indziej endemiczne zwierzęta? Nieloty - kiwi, weka, takahe czy największe papugi świata – kakapo? A może historia Maorysów albo ceniony przez nich pounamu – jadeit? Fiordy? Alpy? Wszystko po trochu a najbardziej… pstrągi.

Któż normalny jedzie taki szmat świata na ryby? Na szczęście nigdy nie twierdziłem, że jestem normalny. Ryby to jedynie pretekst. Często wszystko inne, cała otoczka, podróż, przygoda wygrywają z wędkarstwem. A jednak to ono jest jak marchewka dla osła, dyndająca na końcu kijka. Tym razem kijek nazywał się Dreamliner i zawiódł nas najpierw do Singapuru a po kilku godzinach dalej, aż do Christchurch na wyspie południowej Nowej Zelandii. W sumie ponad doba samych lotów. Styczniowa Aotearoa (z języka maoryskiego – Kraj Długiej Białej Chmury) przywitała nas falą upałów, więc zarówno klima w aucie, którym się poruszaliśmy, jak i chłód wodospadów pod którymi przez miesiąc mieliśmy się kąpać, były zbawienne. Przynajmniej uciekliśmy przed odśnieżaniem.

Nowa Zelandia składa się z dwóch głównych wysp – Północnej, znacznie dzikszej Południowej i szeregu mniejszych, w tym wyspy Stewarta i Great Barrier.

Rzeki głównych wysp osiedlający się Brytyjczycy zarybili przed 150 laty pstrągami, więc pełni wdzięczności najpierw „uderzyliśmy” we Fiordland.

Fiordland

To największy park narodowy tego kraju. Powierzchnią obejmuje 12 500 km² (więcej niż 2/3 całego województwa Pomorskiego), w tym najdziksze, zamieszkałe przez kiwi i takahe regiony Wyspy Południowej. Pełno tam jezior i rzek, są również góry a na wybrzeżu Morza Tasmana liczne fiordy. Wyjątkowo urokliwy kawałek naszej planety.

To tam, po wstępnym rekonesansie i pierwszych rybach, watertaxi w końcu wywiozło nas na przeciwny cywilizacji brzeg jednego z jezior, gdzie przez ponad tydzień byliśmy skazani na siebie i na to, co złowimy. W przeciwnym razie głód i… sandflies’y.

Sandfly to mała krwiożercza meszka – utrapienie południowej wyspy Nowej Zelandii. Nie ma tam nic, co mogłoby człowiekowi zagrażać. Żadnych drapieżników, chorób tropikalnych, jadowitych węży czy pająków, jednak sandfly nadrabia za wszystkich. Występuje w kosmicznych ilościach i kąsa dotkliwie jak giez, pozostawiając długotrwałe swędzące ślady. Któregoś dnia zanurzyłem dłoń z kilkunastoma przyssanymi krwiopijkami do wody. Gdy po kilkunastu sekundach wyciągnąłem rękę, te gryzły mnie dalej! Zaraza.

Nowa Zelandia - Kwiaty paproci  Czegóż się jednak nie robi dla chęci złowienia wielkiego pstrąga? Fiordland to mekka pstrągowych wędkarzy, którzy zlatują się tu z całego świata. Anglojęzyczny kraj z dobrze rozwiniętą infrastrukturą drogową i noclegową - nie może być inaczej. Presja wędkarzy jest tak duża, że trzeba się skazać na wyjątkowe niewygody a meszki są jedną z nich. Kolejna to deszcze – średnio 200 dni deszczowych w roku nie zachęca do spania w namiocie. Na szczęście są parkowe chatki. Proste i skromne, czasem wymagające posprzątania ale przynajmniej nic na głowę nie kapie i można chodzić weń wyprostowanym. Dopiero izolacja i trudny, często kosztowny dostęp, zapewnia dobre pstrągi. A te są tam w wyjątkowej kondycji, jak i smaku. Przezroczystość wody jednak jest tak duża, że są one wyjątkowo płochliwe a ich złowienie to nie lada wyczyn, nawet w najmniej dostępnych odcinkach rzek.

Mało co tak wynagradza trud, jak możliwość podziwiania całymi dniami lasów deszczowych Fiordlandu, wałęsanie się ich szlakami, a wieczorem ognisko z piekącym się dorodnym pstrągiem. Gdy doda się do tego zasłyszany okrzyk rzadkiego kiwi, można czuć się niezwykle uprzywilejowanym człowiekiem.

Nowa Zelandia - Kwiaty paproci

Pstrąg w folii

Jakoś nigdy nie byłem entuzjastą tej metody pieczenia rybiego mięsa. Pstrąg zawinięty w aluminiowego Jana Niezbędnego wydawał się wręcz profanacją, jeśli nie marnowaniem szlachetnego kawałka mięsa. Do czasu, aż kolega "po kiju" zapoznał mnie z takim przepisem:

  • Rozpalamy ognisko, niech płonie, trawiąc coraz większe kawałki drewna.

  • Pstrąga filetujemy, a filety tniemy na kawałki wielkości 1/3 dłoni. Skórę wraz z łuską należy zostawić!

  • Przygotowujemy panierkę z mąki wymieszanej z ostrą papryką, pieprzem cytrynowym i wegetą. Troszkę dosalamy i obtaczamy kawałki mięsa w przygotowanej mieszance.

  • Te następnie owijamy w folię (należy zapamiętać, z której strony jest skóra).

  • Owinięte mięso rzucamy na żar dopalającego się ogniska (bez płomieni!) – 4 minuty na stronę ze skórą, 3 minuty na stronę bez skóry.

W ten sposób upieczony pstrąg zachowuje doskonałe walory smakowe i wilgoć. Każda minuta pieczenia więcej wysusza mięso, choć jest to też uwarunkowane grubością ryby. Podane czasy pieczenia dotyczą dzikiego pstrąga o długości około 60cm.

Polecam z całego serca! Byle nie zabijać dzikich ryb z Zagórskiej Strugi. Te i tak nie mają łatwego życia, a wycieczka do hodowli pstrągów na Szmelcie jest fajnym wydarzeniem dla dzieciaków. Same ryby zaś z pewnością lepsze od tych kupionych w sieciowych marketach.

Kąpiel z węgorzami

Nowa Zelandia - Kwiaty paproci  Większość jezior południowej wyspy, która ma połączenie z morzem, jest zamieszkana przez bardzo ciekawe zwierzę. Mam na myśli Anguilla Dieffenbachii, czyli węgorza nowozelandzkiego. Kształtem przypomina znanego nam węgorza z polskich wód. Dorasta jednak do, bagatela, 2 metrów długości i może osiągnąć masę 20kg! Bywa, że jeziora wręcz roją się od tych stworzeń, które też migrują do rzek i potoków doń wpadających. Wielokrotnie mieliśmy okazję widywać je przy okazji łowienia pstrągów. A gdy jeszcze złowionego pstrąga trzymało się w dłoni, by doszedł do siebie po forsownym holu (większość ryb w końcu puszczaliśmy), węgorze zwabione chyba zapachem pojawiały się znikąd. Potrafiły podpłynąć, obwąchać pstrąga, a nawet uszczypnąć. Kilkukrotnie niemal skończyłem z zawałem, gdy brodząc w woderach w wodzie po pas, zerknąłem pod nogi, a tam półtorametrowy węgorz ciągnie moje sznurówki, pewnie myśląc, że to jakaś rosówka! Nie inaczej było z różnymi gatunkami ptaków, które upodobały sobie szarpać i tarmosić sznurówki od butów. Mniejsze, latające potrafiły przysiąść na wędce podczas odpoczynku w męczącym marszu. Widać, że sporo zwierząt Nowej Zelandii nie boi się człowieka. Pewnie po prostu mają z nim za mało do czynienia.

Wieczorami, gdy zaświeciło się latarką, brzegi jezior patrolowały podłużne cienie. W końcu dały się nawet, jak łabędzie, karmić kawałkami chleba!

Któregoś dnia podczas ulewnego deszczu znalazłem węgorza w niecce pod skałami, która najwyraźniej musiała mieć jakieś połączenie z rzeką płynącą kilka metrów dalej. Pochyliłem się i zanurzyłem końcówkę dłoni pstrykając palcem. Węgorz najpierw się cofnął, by po chwili przegrać z ciekawością. Podpłynął, przyglądając się palcom. Dotknąłem go, znów się cofnął ale po kilku sekundach wrócił, zbliżając się jeszcze bardziej do dłoni. W końcu doszło do tego, że dał się głaskać na podgardlu i gdyby nie kolega - myślałbym, że to mi się przyśniło. Doszło do tego, że łasił się jak kot i przysiągłbym, że gdyby mógł to by zamruczał.

Dwa tygodnie później kolega, któremu opowiedziałem tą historię, próbował pogłaskać innego węgorza. Skończyło się niezłą miotaniną, wrzaskiem i ucieczką wędkarza z wody! Plaster okazał się konieczny.

Z tego też powodu podczas nocnych kąpieli w jeziorach, przezornie nie zanurzaliśmy się cali. Przyrodzenie było nam jeszcze miłe, zatem wchodziło się nie dalej niż do połowy uda. Ja niestety mogłem tylko do kolana;)

West Coast

Nowa Zelandia - Kwiaty paproci  Region Zachodniego Wybrzeża to kolejne malownicze miejsce południowej wyspy Nowej Zelandii. Kipling pisał o nim „ostatnia, najbardziej odludna, najpiękniejsza i najświetniejsza dal” i rzeczywiście, to skrzydło wyspy oszałamia linią brzegową, która ciągnie się setki kilometrów. Bujne lasy to mieszanka znów drzew paprociowych i… palm! Niebywały miszmasz florystyczny, podlany znów krystalicznymi, a momentami szmaragdowymi wręcz potokami. Tam też żyją pstrągi, do których tym razem dostaliśmy się helikopterem. Ten zostawił nas w małej chatynce, pobudowanej przez górskie służby ratunkowe na potrzeby Search & Rescue. Księga wpisów (znajduje się w każdym z parkowych domków) szybko nam uzmysłowiła, że prawdopodobnie wylądowaliśmy w pstrągowym raju. Pstrągi były śmielsze, większe i było ich znacznie więcej. Niestety podobnie było z sandflies’ami. Ale skoro piszę ten tekst, to dałem radę, choć na wspomnienie tej latającej zarazy wszystko mi się tak kurczy, że w węgorzowym jeziorze mógłbym zanurzyć się znacznie głębiej niż zwykłem.

Nowa Zelandia - Kwiaty paproci

Mówi się, że z podróży nigdy prawdziwie nie wraca się w całości. Z Nowej Zelandii z pewnością. Magiczne miejsce, które poza twórcami filmu „Władca Pierścieni” zachwyciło już tyle osób, że nie sposób się oprzeć pokusie podróży. Picie wody prosto z rzek, Krzyż Południa przezierający przez liście gigantycznych paproci, krople bosko chłodnej wody odrywające się od dłoni trzymającej wielkiego pstrąga do zdjęcia, ciepło ogniska rozgrzewające serce podróżnika i szeleszczący las. Szeleszczący od przemykających kur weka i takahe, uroczych, ale zabójczych dla ptaków, oposów i gronostajów, szeleszczący od rzadkich kiwi i największych papug - kakapo, które znów latać nie potrafią, za to pomykać po pniach drzew i owszem. Wszystko to sprawia, że się do końca nie wraca. Bo już nic nie jest takie jak kiedyś. Chwile tam – to prawdziwe kwiaty paproci.

Tekst: Rafał Słowikowski

Zdjęcia: Rafał Słowikowski

Nowa Zelandia - Kwiaty paproci

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *