Uganda – Planeta małp

Uganda – Planeta małp

- kategoria Aktualności, Ciekawostki
Uganda – Planeta małp

„Czarny ląd” przyciągał mnie od najmłodszych lat – już wtedy, gdy mama czytała mi na dobranoc książki Fiedlera, a potem ja sam, stronę po stronie, z wypiekami pochłaniałem opowieści o przygodach Tomka Wilmowskiego. Było to ziarenko zasiane gdzieś w duszy, które musiało wykiełkować a w Ugandzie przerodziło się w okazałe drzewo, pod którego cieniem skryły się największe małpy świata – Goryle górskie.

 Wodospady Murchisona

Wyraźnie słychać było ryk wody. Za rogiem nagle pojawił się wspaniały widok. Po obu stronach rzeki znajdowały się przepiękne drzewiaste klify, wznoszące się gwałtownie na wysokość około 300 stóp (110m); skały sterczały z intensywnie zielonego listowia; i pędząc przez szczelinę, która rozszczepiła się dokładnie przed nami, rzeka, skurczona z wielkiego strumienia, blokowała się w przesmyku o szerokości zaledwie 50 jardów (46m); Rycząc wściekle przez skalistą przełęcz, wskoczyła jednym skokiem na około 120 stóp (36m) prostopadle w dużą otchłań poniżej. Spadająca woda była śnieżnobiała, co dawało wspaniały efekt, gdyż kontrastowało z ciemnymi klifami otaczającymi rzekę, podczas gdy wdzięczne palmy tropików i dzikich bananów dopracowały piękno widoku. To był najświetniejszy wodospad Nilu… najważniejszy obiekt na całym biegu rzeki.

Tak odkrycie Murchison Falls opisywał Samuel Baker, który jako pierwszy biały człowiek stanął na skale w ich bryzie w 1862 r. Dokładnie w tym miejscu, 157 lat później miałem okazję zarzucić wędkę. Odcinek Nilu Wiktorii pod wodospadami to od zawsze wyśmienite łowisko największych na świecie okoni nilowych. Osobliwych wrażeń dodaje świadomość, że wszystkie krokodyle ludojady Ugandy, jeśli nie zabite, zostają odłowione, przewiezione i wypuszczone w tym właśnie miejscu, które jest Parkiem Narodowym o statucie Rezerwatu Przyrody. Po uzyskaniu specjalnych pozwoleń Parku na łowienie, przydzielono nam ochronę dwóch strażników, którzy mocno pilnowali by podczas łowienia nie stać za długo w jednym miejscu właśnie z uwagi na krokodyle. Te są dobrymi obserwatorami, a po wypatrzeniu ofiary zsuwają się z brzegów do wody, zbliżają się zanurzone, chwilę czatują i… chaps!

Tak czy inaczej, za nogę nic nas nie wciągnęło, ale uważać trzeba było. Jeden nieostrożny ruch i ześlizgując się ze skały można było zostać porwanym przez gwałtowny nurt Nilu – ku uciesze wspomnianych krokodyli czy hipopotamów.

Uroku samych wodospadów zaś nie oddadzą żadne słowa. Bryza kreująca wielokolorowe tęcze w złotej godzinie popołudniowego słońca oraz ryk spadającej w diabelski kocioł masy wody ze szczytu przewijają się w mojej pamięci każdego tygodnia.Uganda – Planeta małp

Wędkarskie safari

Jak zwykle wybraliśmy się w grupie przyjaciół. Ósemka śmiałków z Klubu Wędkujących Globtroterów. Podzieleni na dwie czwórki, zmienialiśmy się każdego dnia, łowiąc pod samym wodospadem na brzegu słynnej Baker’s Rock bądź z wygodnej łodzi. Wędkowanie z łódki było zupełnie inną bajką. Nieco dalej od wodospadu, ale bez uciążliwych podejść, bez ryzyka pożarcia przez krokodyle, z dala od much tse-tse, które nieustannie brzęczą w materiałowych pułapkach w cieniu drzew pod wodospadem. No i pływanie na łodzi przypomina safari.

Tak – safari. Łodzią wypływaliśmy z przystani Paraa (4 km w dół od wodospadów na bardzo spokojnej wodzie). I jako że z pokładu praktycznie się nie spinninguje, tylko łowi na żywca, o poranku czekała nas zawsze półtoragodzinna wycieczka do rybaków na jeziorze Alberta, by kupić żywą przynętę – tilapie (pielęgnice), które rzekomo mają najskuteczniej kusić największe okonie nilowe.

Ważne, że nie traciliśmy czasu na złowienie przynęt samemu, co wcale nie było takie proste, a na pewno czasochłonne. Po drodze mogliśmy się zrelaksować, rozrobić rumik z colą (na skałce z uwagi na bezpieczeństwo nie ma mowy o alkoholu!) i cieszyć oczy przyrodą. Nil na tamtej wysokości jest niemal wybrukowany hipopotamami! Pławią się stadami; ryczą, muczą i chrząkają. Do tego przechadzające się tym rozkołysanym krokiem najrzadsze żyrafy świata – Rotschild’a; stada słoni pasące się na bujnych przybrzeżnych trawach bądź zażywające ożywczej kąpieli na środku Nilu, z którymi robiliśmy sobie wielokrotnie selfie z pokładu łodzi; gdzieś szczeknął pawian; gdzieś zaryczał kob – być może zaniepokojony skradającą się lwicą. Niezliczone ilości krokodyli i ptaków. Północna część Nilu to królestwo zwierząt i nie zaleca się tam opuszczania pojazdów, a w niektórych sektorach wręcz jest to zabronione. Oglądanie tego wszystkiego z łodzi to nie lada gratka.

A jak wyglądało wędkowanie z łodzi? Wyrzucaliśmy zestawy z uzbrojoną w haki żywą rybką i czekaliśmy na branie, racząc się zimnym piwkiem wyciągniętym z lodu. Z reguły nie czekało się długo. Często była to kwestia kilku minut. Niestety najczęściej kończyło się to niezaciętą rybą, sumem albo… żółwiem. Te ostatnie były wyjątkowo upierdliwe i… niebezpieczne! Trzeba być mega ostrożnym wyczepiając to tałatajstwo, bo można skończyć bez palca. Jeśli chodziło o okonie, to przynajmniej przy tym stanie wody (a trafiliśmy jej najwyższy poziom od 30 lat!) liczyć można było na wszystko albo nic. Oczywiście najczęściej było nic. A co znaczy „wszystko”?

Uganda – Planeta małp

Rekord Nilu

Zmęczeni forsowną wspinaczką po stopniach schodów z diabelskiego kotła do szczytu wodospadu zalegliśmy na ławeczce parkingu, z którego miał nas zabrać Omar – kierowca lodge’y. Tak – z parkingu. Wodospad to jedna z większych atrakcji całej Ugandy, więc zadbano, by turyści mieli jak przyjechać i gdzie zaparkować. Ot zwykły szutrowo-gliniasty plac, na którego środku w łunie księżyca zobaczyliśmy jakieś zwierzę. Przewodnik uciszył nas spokojnie i tak kilkanaście metrów przed sobą podziwialiśmy kroczącego… hipopotama. Gdy nadjechał samochód, oślepił światłami grubasa, który po kilkunastu sekundach niewiedzy co robić, postanowił zarzucić łbem, ryknąć i przemknąć w krzaki tuż obok naszej ławki. Pakowanie do auta zajęło nam nie więcej niż rekordowo szybka wymiana ogumienia w pit stopie Formuły 1 – należy pamiętać, że hipopotamy to jedne z najgroźniejszych zwierząt świata! Wracając do lodge’y, gdy zapytaliśmy Omara jak poszło grupie na łodzi, usłyszeliśmy tylko „Ok”. Dopiero na miejscu dowiedzieliśmy się, że Magda holowała 60-cio kilogramowego okonia, który niestety przy podbieraniu zerwał wszystko i uciekł! Ponoć błąd podbierającego czarnoskórego. Ten kolejnego dnia zasłaniał się, że to wina kobiety – „bo kobiety za wędkowanie nie powinny się w ogóle zabierać”. Trzeba było widzieć minę mojej Ewy.

Ale dół! Taaaka ryba!

Opowiedziano nam tylko, że sfilmowali piękne stado słoni i po kolacji pokażą film.

Po deserze Janek polał po drinku i biorąc laptopa do ręki, zaczął pompatycznie:

No dobra. Bo była jeszcze jedna ryba

Ekran monitora się rozświetlił i zobaczyliśmy Janka przy silniku łodzi z wędką wygiętą w pałąk. Kamerką operowała żona ciągnącego (albo raczej ciągniętego) – Monika, gorączkowo komentując każdy Jego ruch:

A może przejdź tu…

A hamulec ustawiłeś dobrze?

Holuj ostrożnie! Tak jak to robisz na wiślanych sumach.

Nie denerwuj się.

Jasieńku – rób swoje.

Janek z kamienną twarzą nie mówił nic. Najwyraźniej holował coś dużego.

Nie wiedziałem co o tym myśleć. Rana, którą powstała na wieść o utraconej rybie Magdy, nie była do zasklepienia nawet w moim sercu. A to? Chyba jakieś jaja!

Żółw? Krokodyl? Może hipopotam?!

I wtem na ekranie monitora podniosła się woda i z tego olbrzymiego wybrzuszenia wybuchł najpierw wielki bąbel powietrza, a zaraz za nim wyłonił się otwarty pysk jak beczka!

Okoń nilowy na rekord świata!

Panie i Panowie – dnia 6 grudnia 2019 r. Św. Mikołaj był szczodry dla Polaków!

Nasz rodak Jan Soroka złowił rekord Nilu – okonia nilowego (Lates Niloticus) o długości 195 cm i obwodzie 145 cm, co tabela gatunkowa opisuje jako 115 kg. Daje to nowy Rekord Nilu w tym gatunku ryby.

I byłoby nie fair gdybym nie dodał, że stało się to w dużej mierze dzięki nieocenionym radom jego uroczej żony Moniki i asyście (szczególnie przy podbieraniu „na rzepkę”) Magdy i Grzegorza Rauk.

Historyczna chwila, w obliczu której należą się gratulacje szczęśliwemu łowcy – Chapeau bas Janku!

Uganda – Planeta małp

Zdążyć przed chciwością

Nie wyobrażam sobie by nie wspomnieć, że ponownie narodził się pomysł zabudowania wodospadów Murchisona tamą. Niegdyś pomysł ten spotkał się z oburzeniem i krytyką polityków Ugandy. W minionym roku jednak pozwolono już na przeprowadzenie badań związanych z tym projektem. Miałaby powstać hydroelektrownia generująca 360 megawatów. W sprawę zaangażowane są firmy z RPA i… a jakże – z Chin.

Uczestniczyliśmy w proteście, który przy udziale lokalnych i zagranicznych telewizji odbył się podczas naszego tam pobytu na szczycie wodospadu. Czas pokaże czy człowiek jest w stanie się opamiętać i czy głos zatroskanych o środowisko jednostek ma jakąkolwiek moc w konfrontacji z ludzką chciwością i żądzą pieniądza. Nie jesteśmy może jak Greta Thunberg (i całe szczęście), choć na punkcie ryb z pewnością mamy też zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, ale liczymy, że nasz mizerny głos jednak ma jakieś znaczenie. Cieszymy się, że zobaczyliśmy ten jeden z cudów świata i oby istniał jak najdłużej. Jeśli komuś świta w głowie czy nie jechać do Ugandy, to odpowiem krótko – jechać! I to szybko.

Save Murchison Falls!

Planeta małp

Niedaleko Sambiya lodge, w której nocowaliśmy (spanie „na dziko” albo w mniej zabezpieczonych noclegowniach wiąże się z ryzykiem nocnego spotkania z lwami, lampartami albo innymi niebezpiecznymi zwierzętami Afryki), znajduje się magiczny las Budongo. Słynie on z zamieszkującej go dobrej populacji szympansów – małp najbliżej spokrewnionych z ludźmi. Znów podzieleni na dwie grupy, wraz z rangerami, zostaliśmy wręcz połknięci przez tajemniczy las, pełen czerwonych mrówek i cienia mahoniowych olbrzymów. Jestem pewien, że bez przewodników zgubilibyśmy się po 10 minutach. Wypatrywaliśmy szympansich gniazd. Były to swoiste platformy zbudowane z zagiętych gałęzi, wysoko w koronach drzew, chroniące szympansy podczas snu, głównie przed lampartami. Nasłuchiwaliśmy raz po raz kakofonii dźwięków z dzikiego lasu, wyławiając pokrzykiwania szympansich gangów rywalizujących ze sobą o owocujące drzewa, tzw. spiżarnie.

W końcu po godzinie błądzenia znaleźliśmy się w samym środku takiej awantury. Dwa rywalizujące ze sobą gangi rzucające gałęziami i goniące się po drzewach. Trzeba było uważać na to, co leci z nieba. W końcu jeden z wygranych samców najpierw z pogardliwą miną oddał mocz z wysokości wprost na nas – ledwo uskoczyliśmy. Następnie chcąc podkreślić swoją pozycję w grupie, zaczął bezczelnie kopulować z jedną z samic. Fenomenalne rzeczy się tam działy, ale zagapieni w korony drzew nie zwróciliśmy uwagi na czerwone mrówki, które zdołały nas obleźć. Finał był taki, że w końcu zmykaliśmy z lasu Budongo w podskokach. Schłodzone piwko w ulubionym fotelu samej Jane Goodall było dopełnieniem tego fantastycznego dnia.

Akt drugi rozegrał się dobre kilkaset kilometrów dalej w górach, na południowym zachodzie od Parku Murchison Falls, w innym Parku na pograniczu Konga, Rwandy i Ugandy. Nieprzenikniony Las Bwindi, bo to jego pełna i oficjalna nazwa, przywitał nas prognozą nadchodzących ulewnych deszczy. Presja była niebywała. Wszyscy czuliśmy się jak studenci przed ważnym egzaminem. Kolejnego dnia w końcu mieliśmy dostać pozwolenia na trekking w górach i możliwość spotkania goryli górskich. Nie są to proste rzeczy, pozwolenia są bardzo drogie i należy je załatwiać z półrocznym wyprzedzeniem. Na miejscu odprawy dowiedzieliśmy się, że podobnych grup turystycznych jest kilka. Każda będzie podchodzić do innej rodziny goryli. Nam przydzielono stado silverback’a (samca przywódcy o srebrno siwym futrze na grzbiecie) Makara. Ta rodzina często zapuszcza się na obrzeża wsi Buhoma, nierzadko czyniąc szkody w uprawach bananowców itd. A to niedaleko. Ugandyjczycy nie robią im krzywdy. Kłusownictwo jest tu wyeliminowane kompletnie. Z permitów (pozwoleń na trekking do goryli) sfinansowano budowę okolicznej szkoły, szpitala, lokalne sklepy sprzedają mnóstwo pamiątek rękodzielniczych, ludziom dzięki gorylom żyje się po prostu lepiej. Niestety tuż za granicą z Kongo czy Rwandą wygląda to zgoła inaczej. To tam zamordowano słynną Dian Fossey – badaczkę goryli górskich z filmu „Goryle we mgle” i sytuacja do dnia dzisiejszego niewiele się tam zmieniła.

W górach Bwindi parkowi tropiciele spędzają niemal całe swoje życie, zmieniając się tropią poszczególne rodziny i pilnują je wyekwipowani w karabiny maszynowe. Taka też uzbrojona po zęby obstawa została nam przydzielona. Gdyby stało się komukolwiek z nas coś złego ze strony dzikich słoni, kłusowników bądź agresywnych goryli, byłby to precedens i powód załamania, nie ma co ukrywać, kwitnącego biznesu.

Uganda – Planeta małp

A samo spotkanie z gorylami?

Jedno z bardziej wzruszających przeżyć w moim życiu. Spełnione marzenie – nie tylko moje, ale i mojej kochanej mamy, która w końcu mnie nim zaraziła. Byliśmy poinstruowani, by nie przekraczać bezpiecznej granicy siedmiu metrów od małp. Te jednak miały swoje zdanie i po godzinie trekkingu zostaliśmy przez nie po prostu otoczeni. Ciekawskie maluchy uwijały się pod bacznym okiem czujnych matek, a olbrzymi silverback Makara mruknięciami pełnymi dezaprobaty upominał samice, by te nie pozwalały pociechom nazbyt się do nas zbliżać. Kolega przez jedną z samic, ku uciesze rangerów, został nawet kopnięty, bo ta miała w zwyczaju tak robić, jeśli ktoś jej się nie spodobał. Wiadomo – łysy. Mógł być rudy ;)

Jeśli ktoś z Was myśli, że małpy te poruszają się podpierając na kostkach pięści przednich rąk, bo taką mają anatomię, jest w błędzie. W lesie trudno o wodę, a żaden z goryli górskich nie lubi jeść brudnymi rękoma.

Byliśmy poinstruowani, by nie wykonywać gwałtownych ruchów bo silverbackowi może się to nie spodobać. Nie patrzeć mu wyzywająco w oczy, bo to brak szacunku dla przywódcy stada. Zachowywać się naturalnie, rozmawiać ze sobą bo nienaturalna cisza między ludźmi jest krępująca również dla samych małp i mogą się po prostu oddalić w głąb niedostępnego buszu.

Tak czy inaczej wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że było to przeżycie warte każdych pieniędzy. I nikt ani nic nie odbierze nam tego co czuliśmy wtedy w obecności tych łagodnych w swej kosmatej brutalności olbrzymów.

Zaskakujące spotkanie Pigmejów było już czymś, ponad co nic więcej nie mogliśmy sobie wymarzyć – dopełnienie tej wspaniałej podróży, która przypominała wizytę na obcej planecie – na planecie małp.

Fotorelację z tej i innych podróży autora można zobaczyć na stronie www.bayangol.pl

Uganda – Planeta małp

Zdjęcia: Rafał Słowikowski

Uganda – Planeta małp

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *